piątek, 17 maja 2013

Rozdział 5



Rozdział 5
Mea culpa
Zawodzi wiatr jesienny,
Łka miedzy drzewami,
Pieśnią smutną, nużącą
Dla obcego ucha.
Naszą mową,
To znaczy mową tych,
Co łzami wśród grobów
Błądzącego pozdrawiają ducha” –
- Antoni Słonimski
Dni płynęły monotonnie pod pochmurnym nieboskłonem. Niebo nieomal bezustannie płakało, nie tak, jak na wiosnę czy w lato, przelotnie, by zaraz otrzeć twarz i uśmiechnąć się, lecz jakby opłakiwało jakieś nieszczęście. Cały świat przybrał szarą żałobę. Często zdarzały się zamiecie deszczu ze śniegiem.
Ponury nastrój oddziaływał na wszystkich lokatorów Hogwartu. Profesorowie stali się ponurzy, surowsi, łatwo było ich rozzłościć, wyciskali z biednych uczniów ostatnie poty. Na lekcjach wymagali zupełnej ciszy, jakby przeszkadzało im to, że  rozmowy mogłyby zagłuszyć nieustanny, senny odgłos spadających kropel deszczu. Uczniowie byli ospali, zmęczeni, znudzeni.
Pogodziłam się oczywiście z Arielem, ale czułam, że to już nie jest ta sam przyjaźń co wcześniej. Traktowałam go z dużą rezerwą. Może to wpływ paskudnej pogody, ale nie śmialiśmy się już tak często, a jeśli już, to z nieuchwytną sztywnością. Nocami śniły mi się jego oczy przepełnione tęsknota i … miłością. Niechętnie używałam tego słowa, bałam się go, wstydziłam, ale to była prawda.
Bacznie obserwowałam Dracona. Z każdym tygodniem stawał się coraz bardziej wynędzniały. Po lekcjach, gdy tylko nie towarzyszył mi Ariel, śledziłam go. Zdążyłam zauważyć tylko, że często chodzi na trzecie Pietro. Ciekawe po co? Na szczęście ni było żadnych nowych zamachów. Może dał sobie spokój?
Zbliżał się listopad, a razem z nich mecz Ślizgonów z Gryfonami. Treningi były  częste, krótkie i nieregularne ze względu na częstotliwość i długość chwil, w których nie padało. Flint męczył nas intensywnie, ale cała drużyna wiedziała, że to ma sens. W końcu Gryfoni, z wielkim czempionem quidditcha Potterem, byli bardzo dobrzy. Musieliśmy ćwiczyć. Prawdę mówiąc, stresowałam się. To miał być prawdopodobnie najważniejszy mecz w roku. Jeśli nam się nie uda….
***
Leciałam. Mknęłam, przecinając ze świstem powietrzem. Wiatr rozwiewał mi włosy. Miałam ochotę wrzeszczeć ze szczęścia. Czułam się taka wolna…
A najlepsze było to, że to wcale nie był sen.
Zmierzałam w kierunku pętli przeciwników. Musiałam się skoncentrować. Czułam, że ten mecz niedługo się skończy. Było 220:60 dla nas*, dzięki beznadziejnemu obrońcy w osobie Rona Weasleya i złej passie Gryfonów. Mimo znaczącego prowadzenia Slytherinu, wynik meczu nie był jeszcze przesądzony. Jeśli Gryfoni złapią teraz znicza, wygrają. To było dość prawdopodobne, z tego powodu, że mój brat nie grał  ( to było dziwne), a Potter był świetnym szukającym. Chyba, że zdobędziemy jeszcze jedną bramkę, czyli dziesięć punktów.
Byłam już tylko kilkanaście metrów do pętli Gryfonów. Jeden ze ścigających podał mi kafla. Przyspieszyłam. Przeciwnicy i członkowie mojej drużyny zmienili się  w rozmazane plamy kolorów. Nie słyszałam niczego poza świstem powietrza. Kątem oka zauważyłam, że Potter i nasz szukający ścigają się bezlitosnej walce o znicz. Niemal na pewno wygra Wybraniec. Wynik meczu zależy od tego strzału. Ode mnie. Przepełniała mnie euforia. Między mną a pętlami był tylko Weasley. Najbardziej z tej chwili pamiętam właśnie jego bladą, pozieleniałą twarz.
- „Pasuje mu do rudych włosach” – przemknęło mi głupio przez głowę.
Chwyciłam pewniej kafel. Skupiłam się na prawej pętli, niekrytej przez obrońcę. Pomyślałam wszystkich, którzy na mnie liczyli.
O Slytherinie.
O członkach mojej drużyny.
A nawet o moim bracie, leżącym  w skrzydle szpitalnym, który na pewno spodziewałby się, że wszystko zepsuję.
O Arielu…
Nigdy nie dowiedziałam, dlaczego tak się stało. Czy to Weasley zebrał ostatnie resztki sił i się wreszcie postarał, czy to ja się rozproszyłam i źle wymierzyłam. A może to po prostu przez moje fatum.
Zawsze samotna…
Zawsze zamknięta w sobie…
Zawsze nielubiana…
Zawsze niepopularna…
Od początku, zdawałoby się, z przegranym życiem…
W każdym razie, prawda była jedna i bezlitosna.
Nie trafiłam.
Zaraz potem, jak sobie to uświadomiłam, usłyszałam wrzask tłumów i zobaczyłam Pottera ściskającego triumfalnie znicz. Jak w jakiejś głupiej powieści o suberbohaterach opromieniało go słońce. Jeszcze nigdy dotąd tak go nie nienawidziłam. Od tych jego wkurzających, rozczochranych włosów, przez świętą bliznę, po zniszczone adidasy.
Czułam dziwną mieszankę uczuć: szok, żal,  smutek. A przede wszystkim pustkę po radości  nadziei.
„To wszystko moja wina…”
Nie miałam odwagi spojrzeć na moją drużynę. W końcu jednak musiałam to zrobić. Zobaczyłam różne twarze połączone jednym uczuciem: nienawiścią pomieszaną z pogardą i odrazą.
Najgorszy jednak był widok twarzy kapitana drużyny, Marcusa Flinta. Zapamiętam ją do końca życia. Blada, beznamiętna, nieruchoma.
Podleciałam do nich i wylądowałam na ziemi, choć wolałabym uciec. Opłakać kolejną utraconą nadzieję w samotności.
Moje życie cmentarzyskiem nadziei…
Gdy tylko, tak wolno, jak tylko było to możliwe, podeszłam do członków drużyny Ślizgonów, Flint powiedział do mnie głosem zimnym jak stal:
- Wylatujesz z drużyny.
Poczułam się tak, jakby ktoś zdzielił mnie na odlew w twarz. Miałam ochotę krzyknąć, że to nieprawda, że nie ma prawa … jednak patrząc  w jego twarz, opuściła mnie odwagę. Znów byłam małą dziewczynkę, którą skrzyczał ojciec. Odwróciłam się od mojej („już nie”  -pomyślałam gorzko) drużyny i pobiegłam. Przed siebie, na oślep. Moim jedynym celem była ucieczka od tych pełnych nienawiści twarzy i pogardliwego wycia tłumu. Biegłam, płakałam, ale łzy ani bieg nie przynosiły ulgi, wciąż miałam przed oczami drużynę.
„To wszystko moja wina…”
Nawet nie zorientowałam się, że trafiłam do dormitorium Slytherinu. Tam przywitały mnie szydercze oklaski i nienawistne spojrzenia. Jedna z moich współlokatorek, Delansie, wykrzyknęła:
- I jak tam po wygranej Gryfonów? Bardzo nam pomogłaś. Dziękujemy!
Cały pokój wspólny zaczął skandować szyderczo: „Dzię – ku – jemy!”
„To wszystko moja wina…”
Nie widziałam żadnej przyjaznej twarzy.
Wstrząsnął mną szloch. Pękły wszystkie bariery, cała skorupa, za która chowałam się przed bezlitosnym światem, udając, że niczym się nie przejmuję. Krzyknęłam, wkładając  w ten okrzyk całą gorycz, żal, samotność, ból siedmiu lat Hogwartu.
- Nienawidzę was!
Wypadłam  dormitorium. Nie miałam pojęcia, gdzie biegnę. Nic by mnie to nie obeszło, nawet jeśli zmierzałabym do wieży astronomicznej i z niej zeskoczyła.
Oślepiona łzami, wpadłam na kogoś. Usłyszałam głos, którego mi brakowało w pokoju wspólnym:
- Eve, co się stało?
- Wywalił mnie z drużyny. Flint. – przytulając się do jego ciepłego torsu. Nie myślałam o tym, co robię.
Pachniał deszczem i czymś słodkim. Ten zapach przywiódł mi na myśl pewien wieczór, gdy po burzy wyszłam z moją zmarłą babcią na zewnątrz z herbata i piernikami. Emanował poczuciem bezpieczeństwa, a jednocześnie przypomniał mi ból po jej śmierci.
Ariel, głaszcząc mnie po włosach, szeptał:
- Uspokój się. Nie przejmuj się tymi idiotami.  Patrzyłem, jak grasz. Jesteś najlepsza  z drużyny. Każdemu zdarza się popełnić błąd.
-Ale przeze mnie przegraliśmy mecz. – wychlipałam. Kompletnie siebie nie rozumiałam swojego zachowania. Przecież zawsze byłam silna, niezależna, a teraz przytulam się do przyjaciela, płaczę i krzyczę na całe dormitorium?
- To nie twoja wina. Miałaś pecha. Dałaś z siebie wszytko. Byłaś wspaniała.
Pocałował mnie ciepłymi, miękkimi wargami  w czoło.
Nie chciałam się od niego oddalać.
*wynik meczu jest zmieniony na potrzeby opowiadania
Ten rozdział jest zły. Bardzo zły. Ale nie wiem jak go zmienić, do ch*****! Mam nadzieję, ze nie będziecie za surowi. Po prostu musiałam jakoś doprowadzić  do pogodzenia się Eve i Ariela.  Wybaczcie mi tego gniota….
P.S. Co do wiersza, to owszem, jest nastrojowy, ale chyba nie bardzo na tę porę roku. Zapewne kiedy pojawią się rozdziały o maju i czerwcu, będzie  luty… Pozwolę sobie Powtórzyć za A. Andrusem „Zycie jest dziwne, ech…”

1 komentarz:

  1. Cieszę się, że wróciłaś z nowym rozdziałem.
    Mecz opisałaś całkiem ciekawie. Wydawało mi się, że to przez myśl o Arielu Eve nie trafiła, ale może po prostu miała pecha. Trochę mnie tylko raziły te jej pesymistyczne słowa o samotności czy przegranej z życiem - ja wiem, że ten mecz był dla niej ważny, ale chyba trochę się zagalopowała, w końcu to tylko gra. Szkoda, że inni ślizgoni tego nie rozumieli. Zachowywali się tak, jakby nikt nie miał prawa popełniać błędów. Ciekawe, czy Flint naprawdę ja wyrzucił z drużyny, czy działał tylko pod wpływem chwili złości.
    Pogodzenie się z Arielem mi się podobało. Fajny z niego chłopak ;)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń