Rozdział
2
Błyskawica
Otworzyłam drzwi i usiadłam przy oknie z
westchnieniem ulgi. Nareszcie udało mi się znaleźć pusty przedział! Od razu
wyciągnęłam nowy podręcznik do eliksirów i zaczęłam czytać. Nie mogłam się
jednak skupić, więc odłożyłam książkę i
wpatrzyłam się w migający za oknem krajobraz pól, pastwisk, wsi i wzgórz.
Jechałam do Hogwartu, by zacząć bardzo ważny, piąty
rok nauki. Pod koniec czekały mnie SUM-y. Musiała dostać przynajmniej sześć
„wybitnych”, inaczej matka chyba wywaliłaby mnie z domu. Prawdę mówiąc, nie miałam pomysłu na
życie po zaliczeniu owutemów. Chciałabym pracować wszędzie, tylko nie w
ministerstwie, najlepiej na posadzie związanej z eliksirami albo transmutacją.
Nie wiedziałam, czy cieszę się z powrotu do
Hogwartu. Z jednej strony miałam dość spotykania mojego brata na każdym kroku,
wyniosłości mojej matki i nudnych
przyjęć rodzinnych. Hogwart był magicznym miejscem, które pokochałam od
pierwszego wejrzenia. Jednak były tam też osoby, które mnie nie znosiły (Ślizgoni),
które od mojego pojawienia się w Szkole Magii wepchnęły mnie do szufladki z
napisem „Malfoy, wredna żmija” (Gryfoni) i traktowali z uprzejma, nieco
zdziwioną obojętnością (Puchoni i Krukoni). Dziewczyny z mojego pokoju przy
każdej okazji wyśmiewały się ze mnie. Wiecznie słyszałam złośliwe szepty na
swój temat, a nawet głośne rozmowy w pokoju wspólnym. W złych chwilach rzucałam
się w wir nauki, zaciskając zęby, ale to nie zawsze pomagało…
Po prawdzie znałam kilka osób, które mnie lubiły.
Pani Pince podzielała moje zamiłowanie do książek i zawsze służyła mi radą, ale
to nie była nawet dobra znajoma. Mimo wszystko – to była nauczycielka. Wśród
nich wielu traktowało mnie przyjaźnie. Tak naprawdę moją jedyną przyjaciółką
była moja babcia. Zawsze mnie rozumiała, akceptowała moją inność. Mogłam jej
powiedzieć o wszystkim: o nauce, wyśmiewających się ze mnie Ślizgonkach
i innych zmartwieniach. Zawsze potrafiła mi dobrze doradzić. Była kopalnią wiedzy, pamiętała setki
interesujących historii. Zmarła kilka lat temu. Dobrze to pamiętałam: szok,
potem ciężar w piersi i łzy, które nie
chciały przestać płynąć. Czerń i nieruchome ciało babci, jej spokojna twarz.
Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może warto byłoby umrzeć i wyzbyć się wszystkich trosk…
Mimo samotności byłabym dosyć zadowolona z życia, gdyby nie Czarny Pan. Uczyłabym się
interesujących rzeczy o magii, odkrywała tajemnice Hogwartu, zatapiałabym się w
różnych książkowych historiach. Nawet taka namiastka szczęścia nie była mi
dana. Dlatego, że moi rodzice byli śmierciożercami.
Zastanawiałam się nad tym, że Draco jest
śmierciożercą. Nie mogłam się temu nadziwić. Szesnastolatek sługą czarnego
Pana? Po co? Czyżby miał do spełnienia jakąś misję w Hogwarcie? Zadrżałam.
Byłam obciążona odpowiedzialnością za jego czyny, gdyż byłam członkinią rodu
Malfoyów. Mimo, że był ode mnie starszy, rodzina uważała, że jestem od niego
dojrzalsza. Zgadzałam się z tym. Oczywiście nie mogłam tak prostu na niego
donieść. To był mój brat. Poza tym jeszcze większe podejrzenie padłoby na nasz
ród. Już aresztowanie mojego ojca chyba wystarczało. Postanowiłam, że będę go
pilnować. Jeśli ma zamiar zrobić coś niebezpiecznego, spróbuję go powstrzymać.
Oczywiście nie wiedziałam o żadnym zadaniu od Tego, Którego Imienia Nie Wolno
Wymawiać. Moja matka i on mi nie ufali. Dość słusznie zresztą.
W moich oczach wezbrały mi się łzy. Dlaczego?!
Dlaczego urodziłam się w tej rodzinie? Dlaczego nigdy tak naprawdę nie miałam
wolności wyboru co do moich przekonań?! Czy to sprawiedliwe?!
Nadjechał wózek ze słodyczami. Kupiłam sobie pudełko
czekoladowych żab, fasolki wszystkich smaków, paszteciki dyniowe i pałki
lukrecjowe. Pogryzając to wszytko, zagłębiłam się w lekturze podręcznika do
transmutacji. Był naprawdę fascynujący! Już nie mogłam się doczekać zaklęć:
pojawiającego i znikającego!
*
W pewnym momencie (krajobraz za oknem wyraźnie
zdziczał, robiło się coraz ciemniej) usłyszałam jakiś hałas i przekleństwo.
Usłyszałam głos mojego brata. No tak, musiałam usiąść w przedziale obok niego i jego kumpli.
Zaczęłam przysłuchiwać się ich rozmowie.
Draco: - Ej Zabini, to czego chciał ten Slughorn?
Jaki Slughorn? – pomyślałam.
Blaise: - Po
prostu próbował urobić sobie ludzi, którzy mają dobre znajomości. Ale wielu
takich nie znalazł.
Draco: - Kogo jeszcze zaprosił?
Zabini: - Mc Laggena z Gryffindoru.
Malfoy: - No
tak, jego wujek to szycha w
ministerstwie.
Blaise: - …i takiego jednego z Ravenclawu, nazywa
się Belby…
Parkinson: - Jego? Przecież to palant!
Zabini: - …i Longbottoma, Pottera, i te siuśkę
Weasley.
Draco (wzburzony): - Zaprosił LONGBOTTOMA?
Westchnęłam cicho.
Blaise: - No, chyba tak, skoro Longbottom tam był.
Malfoy: - Ale co Slughorna w nim zainteresowało?
Milczenie.
Draco: Potter, ten słynny Potter… No tak, chciał
sobie popatrzeć na Wybrańca, ale ta Weasley! Co w niej jest takiego
wyjątkowego?
Parkinson: - Wielu chłopakom się podoba. Ej, Blaise,
tobie też, a wszyscy wiemy, że ciebie trudno zadowolić!
Zabini (pogardliwie, zimno): - Nie dotknąłbym tej
małej, plugawej zdrajczyni krwi, choćby nie wiem jak wyglądała.
Zazgrzytałam zębami. Ginny była w porządku, tylko
nie rozumiałam, jak można zakochać się w Wybrańcu. Wiedziała o tej miłości cała
szkoła. Oczywiście oprócz samego Pottera.
Malfoy: - Fakt, Slughorn nie ma najlepszego gustu. Może
trochę dziecinnieje. Szkoda, mój ojciec zawsze mówił, że za jego czasu to był
wielki czarodziej. Ojciec należał do jego ulubieńców. Slughorn pewnie nie
wiedział, że jestem w pociągu albo..
O co tu biega? Ten Slughorn tworzy sobie jakiś
fanklub czy co?
Blaise: - Na twoim miejscu nie liczyłbym na
zaproszenie. Zapytał mnie o ojca Notta. Musieli się kiedyś przyjaźnić, ale…
Przestałam ich słuchać. Czas było się przebierać. Po
chwili usłyszałam zresztą ruch w ich przedziale. Pociąg stanął. Korytarze
wypełniły się uczniami. Już miałam wyjść z przedziału, gdy usłyszałam, jak
Draco mówi:
- Ty idź. Muszę coś sprawdzić.
Po chwili na korytarzu pojawiła się samotnie Pansy.
Po co mój brat miałby zostawać dłużej w swoim
przedziale? Postanowiłam się przekonać.
Po chwili ciszy usłyszałam:
- Petrificus
Totalus!
Zamurowało mnie. Na kim użył tego zaklęcia?
- Tak myślałem. Usłyszałem cię, jak Goyle ściągał
kufer. I chyba zobaczyłem, jak coś białego mignęło mi w powietrzu, kiedy wrócił
Zabini… To ty zablokowałeś drzwi, kiedy Zabini chciał je zamknąć, tak?
Milczenie.
Cichy chrupot.
- To za mojego ojca. A teraz…
Szelest jakiegoś materiału.
- Myślę, że nikt cie nie znajdzie, póki pociąg nie
wróci do Londynu. No, to do zobaczenia, Potter, chyba.. żebyśmy się już nie
zobaczyli.
Trzasnęły drzwi i Draco przeszedł obok mojego
przedziału.
Miałam kilka sekund na zastanowienie, inaczej sama pojechałabym
do Londynu. Miałam złośliwą i niezbyt szlachetną ochotę zostawić tu tego
zadufka Pottera, ale podjęłam inną decyzję.
Wyszłam z przedziału i skierowałam się do
sąsiedniego. Otworzyłam drzwi i … nikogo nie zobaczyłam! Jak to możliwe?
„Może rzucił na niego zaklęcie zwodzące. Ale …
szelest.. może zarzucił na niego pelerynę – niewidkę?” – pomyślałam.
Uklękłam i pomacałam ręką dookoła. Udało mi się
chwycić za rąbek materiału. Pociągnęłam za niego i zobaczyłam spetryfikowanego
Pottera ze złamanym nosem.
Westchnęłam. Wyszeptałam przeciwzaklęcie na pełne
porażenie ciała i naprawiłam mu nos.
Na jego twarzy odmalowało się zdumienie i zapytał:
- Malfoy?
- Tak, Potter, Malfoy. – odparłam sarkastycznie.-
Chodź. Musimy wyjść szybko z pociągu, inaczej…
Poczułam, jak Expresu Hogwart zaczyna ruszać.
- Szybko! – krzyknęłam.
Pognaliśmy do wyjścia i w ostatniej chwili
wyskoczyliśmy w noc.
Udało mi się zachować równowagę., w przeciwieństwie
do Pottera. Cierpliwie, lecz pogardliwie poczekałam, aż się podniesie i
otrzepie. Kiedy stanął na nogi, oznajmiłam;
- Chodźmy. Może jeszcze zdążymy na ucztę.
Ruszył za mną posłusznie. Najwyraźniej był w szoku. Mijaliśmy w milczeniu zanurzone w
mroku ogródki i domki. Gdy minęliśmy ostatnie zabudowania i powlekliśmy
się błotnistą drogą, która zwykle
jeździliśmy do Hogwartu powozami zaprzęgniętymi w testrale, odezwał się
niepewnie:
- Jesteś Malfoy’ówną, jego siostrą, dlaczego mi
pomogłaś?
Noż po prostu! Miałam już tego dosyć! Wyładowałam na
niego całą moją złość:
- Oczywiście! Każdy, kto nazywa się Malfoy musi być
wredny, tak? Każda Ślizgonka musi być jadowitą żmiją, co nie? No a Gryfoni to
są idealni, szlachetni, bez żadnej skazy, prawda? Jakżeby inaczej! Nienawidzę
tych stereotypów! To nie moja wina, że urodziłam się w akurat tej rodzinie! Ale
to nikogo nie obchodzi! Ważne jest tylko nazwisko i wybór zakichanej Tiary
Przydziału, która też obchodziło w tej decyzji tylko moje pochodzenie!
- Myślałem, że …no wiesz, geny… poza tym, rodzinna
solidarność….
- Myślałeś! Wielki Potter POMYŚLAŁ! Jesteś taki
wkurzający! Wielki bohater! Och, cóż za łaska rozmawiać z Wybrańcem! Masz
obsesję na punkcie ratowania świata! Nie jest trudno być bohaterem, jeśli sam
Czarny Pan przeznaczenie, ludzie cię wybierają! O wiele trudniej jest działać
zgodnie z sobą wbrew całemu świata!
- Słuchaj i spróbuj zrozumieć. – powiedział cicho.
- Nie prosiłem o to, by Voldemort zabił
moich rodziców. Często tęsknię za tym, żeby być zwykłym nastolatkiem. Sława
jest nużąca. Świat ratuję nie dla sławy czy własnej satysfakcji, tylko po
prostu z obowiązku. Męczącego obowiązku. Dopóki go nie zabiję, będę zawsze
samotny.
Zamilkłam. Czułam się trochę głupio. Może on mówi prawdę?
Może ja się uprzedziłam? Może ja mu po prostu zazdroszczę?
- Wiesz, ja też jestem samotna. Wiem, co to znaczy.
Jednak wydaje mi się to trochę dziwne… sławny, a jednocześnie sam…
- Nigdy nie byłaś w tej sytuacji. Nie wiesz, jak to
jest. – odparł z goryczą.
- No nie. – przyznałam. – I, prawdę mówiąc, fajnie
by było wiedzieć.
Byliśmy już w
połowie drogi przez błonia Hogwartu, gdy zobaczyłam ciemną postać zmierzającą w
naszym kierunku. Zacisnęłam dłoń na różdżce, ale się nie odezwałam. Potter też
ją zauważył, bo zesztywniał. Kiedy byliśmy już blisko zakapturzonej osoby,
zawołałam:
- Kim jesteś? Czego chcesz?
Na te słowa postać zrzuciła kaptur i zapaliła
różdżkę. W jej mlecznym świetle ujrzałam twarz kobiety o krótkich, różowych (!)
włosach. Potter najwyraźniej ją znał, bo wykrzyknął:
- Tonks!
- Co się stało, Harry? Kto to jest? – zapytała,
patrząc na mnie nieufnie.
-
Podsłuchiwałem Malfoy’a, on mnie nakrył i zaatakował. Pomogła mi
ona, jego siostra. Inaczej pojechałbym
do Londynu spetryfikowany pod peleryną – niewidką.
- Jestem Eveline Malfoy, młodsza siostra Dracona. –
rzuciłam.
- Miałam za zadanie sprawdzić ,co się stało, gdy nie
pojawiłeś się na uczcie. Dziękuję za pomoc, panno Malfoy. Musze wysłać wiadomość
do zamku, że cie znalazłam i wszystko
jest w porządku.
Wyciągnęła różdżkę i powiedziała;
- Expecto Patronum!
Przed nimi pojawił się jakiś srebrzysty czworonóg,
który pobiegł w kierunku szkoły.
- No to idziemy. – powiedziała beznamiętnie.
Wyglądała mizernie, jakby traciła chęć do życia.
Ruszyliśmy za nią do bramy Hogwartu. Kiedy
Tonks w nią zastukała , szepnęłam:
- Rozejm?
- Dobra, zawieszenie broni. – zgodził się, pierwszy
raz się uśmiechając.- Oby nasze ścieżki kiedyś
jeszcze się skrzyżowały.
- Ten ostatni tekst to z jakiejś indiańskiej
książki?
- Zapewne.
Zaśmialiśmy się cicho.
***
Wpakowałam w siebie wielki kawał ciasta z bitą
śmietaną i popiłam sokiem dyniowym.
- „To jest
życie” – pomyślałam, rozciągając się wygodnie na krześle. Obok mnie nikt nie
siedział. Nikt nie chciał mieć ze mną, nudna, nietowarzyską, nieprzyjemną osobą
do czynienia. Kiedyś cierpiałam z tego powodu. Teraz miałam to gdzieś. Wolałam
tu zostać niż iść do przeludnionego dormitorium i być przeszywana dziesiątkami
ukradkowych spojrzeń, albo do swojego pokoju, które dzieliłam z rozchichotanymi
idiotkami.
Dumbledore zaczął przemawiać, ale nie miałam siły i
ochoty go słuchać. Załapałam tylko, że Slughorn to nowy nauczyciel od
eliksirów, a OPCM będzie uczył Snape. Dziwne. Nie wiedziałam tego na pewno, ale
Snape mógł być śmierciożercą. Dumbledore zatrudniający na takim stanowisku
byłego (?) sługę Czarnego Pana? Podejrzane.
Po sprawach organizacyjnych dyrektor przeszedł do
ostrzeżenia nas przed Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Na Sali zapadła
cisza. Tym razem słuchałam go uważniej. Poprosił o zachowanie środków
ostrożności i bezpieczeństwa.
Nagle wrota w Wielkiej Sali otworzyły się. Tysiące
oczu zwróciło się w tamtą stronę. Ja też tam spojrzałam. Na progu stali
profesor McGonnagal i chłopak w czarnej pelerynie. Ruszyli środkiem Sali.
Wszyscy oglądali się za chłopakiem.
Pomimo, że był w pelerynie, widać było, że jest
dobrze zbudowany i dość wysoki. Miał bladą, białą jak kość słoniowa karnację i
piękne, płynne rysy twarzy. Jego aksamitnie czarne, falujące włosy do ramion
lśniły w blasku tysięcy świec. W pewnym momencie spojrzał na mnie. Na ułamek
sekundy zatonęłam w jego pięknych, hipnotyzujących, szarych, mających w sobie
jakby światło błyskawicy oczach. Minął mnie. Otrząsnęłam się natychmiast. Po
Sali przetoczyły się westchnienia zachwytu dziewcząt. Chłopcy nie byli tak
zadowoleni z przybycia chłopaka.
- „Nie obchodzą mnie macho i flirciarze”. –
powiedziałam sobie stanowczo.
Profesor Dumbledore wstał i oznajmił:
- To wasz nowy kolega, Ariel Alexander Stormynight*.
Ma 15 lat. Dotąd uczył się prywatnie, w domu. Od dziś będzie uczniem Hogwartu
na piątym roku.
(Większość dziewczyn starszych lub młodszych od
niego jęknęło.)
- Teraz odbędzie się jego Przydział do domu.
Nowy usiadł na stołku i profesor McGonnagal nałożyła
na jego głowę Tiarę Przydziału. Po chwili ciszy stary kapelusz (nie darzyłam go
wielkim szacunkiem) wykrzyknął:
- Slytherin!
Nie mogłam nie przyznać, że jakaś część mnie
cieszyła się z tego wyboru Tiary…
*wiem, że Ariel
kojarzy się z Małą Syrenką, ale ja lubię
to imię. Kojarzy mi się z Arielem z
„Burzy” Szekspira. Poza tym pasuje do jego burzowego nazwiska (Burzowa Noc),
gdyż oznacza ogień boży, a błyskawice były uważane za karę bożą. Alexandrem
nazwałam go dla tych, którym Ariel nie pasuje.
***
A
więc nareszcie! Kłótnia z Potterem (ach,
jaki on jest wkurzający!) i przybycie Ariela. Jak się domyślacie, będzie on
bardzo ważny w tym opowiadaniu… Podsumowując: myślę, ze ten rozdział mi się
udał. A Wy, co sądzicie?
P.S. Pewnie zastanawiacie się, dlaczego tak nie cierpię Pottera. W sumie nie wiem, ale mam taką fazę, że mam dosyć wybrańców, którzy po raz enty ratują świat. Harry raczej taki nie jest, ale co ja mogę poradzić na to, co mi się ubzdura?