Przepraszam za opóźnienie. Sama musiałam dodać tego posta, bo moja beta nie raczyła sprawdzić poczty (Myksa, zamorduję;). No wiec.. skoro już powstał wstęp, to należałoby coś sensownego napisać... hmmm... Enjoy!;)
Rozdział
1
Cień
Chlust! Struga czegoś płynnego i lepkiego wylądowała
mi na głowie. Na wpół śpiąca, otworzyłam oczy i … zmartwiałam. Mój pokój
zamiast zielono – fioletowy był zielono – srebrny!
Z mojego gardła wydarł się wrzask:
- Zamorduję cię, Draco!
Wyskoczyłam z łóżka i spojrzałam w lustro. Byłam
cała w zielonej farbie. Podobnie jak moja pościel.
Gotując się ze wściekłości, wypadłam za drzwi i pobiegłam
cichym, białym korytarzem. Skręciłam w lewo i wpadłam jak burza do pokoju
mojego kochanego brata. Nie było go tam. Cofnęłam się i pospieszyłam dalej. Po
chwili dotarłam do dużych, czarnych drzwi i bez namysłu otworzyłam je na
oścież. Wrzasnęłam:
- Gdzie jest Draco?!
W chwilę później dotarło do mnie, że jestem cała
zielona, a w salonie siedzą moja matka i profesor Snape.
Moja matka powiedziała lodowato zimnym głosem:
- Draco jest w kuchni. Na marginesie może lepiej
najpierw się sobą zajmij.
Snape posłał w moją stronę kpiący uśmieszek.
Nieco uspokojona i speszona incydentem w salonie
ruszyłam w stronę kuchni. Tak jak powiedziała matka, w kuchni siedział Draco i
jadł śniadanie. Na mój widok roześmiał się tym swoim zimnym, krótkim śmiechem i
zapytał:
- I jak ci się teraz podoba twój pokój?
- Jak śmiałeś!!!- wydarłam się.- Zniszczyłeś mi cały
wystrój wnętrza!
- Nie zniszczyłem, tylko poprawiłem.
-
Zniszczyłeś!
- Poprawiłem!
- I zalałeś mnie i moje łóżko farbą!
- To był taki mały bonusik. Wyglądasz teraz bardzo …
oryginalnie.
- Okropnie!
- Dzieci, co wy wyprawiacie! – do kuchni weszła
matka. – Jak ty wyglądasz, Eveline!
Opadłam zrezygnowana na krzesło i zaczęłam szlochać. Może ten incydent
wydawać się komuś śmieszny, ale nie na moim miejscu. Takie zdarzenia były na
porządku dziennym w willi Malfoy’ów. Ja
nienawidziłam brata, on nienawidził mnie. Według niego ja byłam kujonką
siedzącą non stop z nosem w książkach, a według mnie on był jadowitą, pastwiącą
się nad słabszymi żmiją. Rodzice myśleli o mnie podobnie jak mój brat. Mama
uważała, że za mało dbam o swój wygląd i dumę. Ojciec otwarcie mówił, że
przynoszę wstyd naszej rodzinie. W ich sercach była dla mnie tylko pogarda i
zimno. Mogłam sobie pozwolić na wszystko
oprócz ich miłości. Mieszkaliśmy pod jednym dachem , a mimo to byliśmy sobie
tak dalecy, jakbym mieszkała w innym kraju. Dla nich liczyła się tylko
popularność, rodowa duma, pieniądze, wpływy, kariera, za nic mieli taką córkę
jak ja. Traktującą mugolaków i zdrajców krwi jak równych sobie, zamknięta w
sobie, nietowarzyską, wyśmiewaną…
- Przestań beczeć. – usłyszałam ostry głos matki. –
Idź się umyć i przebrać.
Otarłam łzy. Minęła chwila słabości. Nie chciałam
pokazywać rodzinie swoich uczuć. Potrafili się z nich tylko śmiać lub patrzyć
na nie z zimną pogardą, nawet litością. A ja nie chciałam ich litości.
- I pośpiesz
się. Jedziemy na Pokątną. – dodała matka.
***
Kilka
godzin później
Szliśmy Pokątną, matka i Draco przodem, za nimi ja. Ulica wyglądała ponuro.
Zamiast mnóstwa otwartych sklepów, tłumów i gwaru, wypełniała ją mgła i w
naprędce sklecone stragany. Wiele witryn było zabitych deskami. Na każdym
wolnej powierzchni wisiały ulotki z zasadami bezpieczeństwa i zdjęciami
poszukiwanych śmierciożerców. Uśmiechnęłam się szyderczo. Nigdy ich nie złapią.
Co bynajmniej nie poprawiało mi humoru.
Moją uwagę przyciągnął stragan z reklamą:
„Eliksiry niezbędne w niebezpieczeństwie. Trucizny,
veritaserum i wiele, wiele innych.”
Zawsze fascynowały mnie eliksiry, wiec podeszłam do wystawionych
wyprost na ulicy produktów. Sprzedawca, czyli podejrzanie wyglądający, cuchnący
czarodziej zapytał mnie:
- Co panienka
sobie życzy?
Już miałam odpowiedzieć, że się tylko przyglądam,
gdy zauważyłam małą fiolkę z czarną substancją. Nalepka głosiła:
-„Dzięki Zaklęciu Widzenia śledź swoich wrogów! Jak w lustrze zobaczysz w
tym eliksirze swoich nieprzyjaciół. Instrukcja na odwrocie.”
- Świetny wybór, panienko. – rzekł sprzedawca. –
Ostatni egzemplarz. Dziesięć galeonów, poproszę.
Zdziwiło mnie, że tak mało. Pewnie był to zwykły,
dorywczy handlarz, nie znał się na wartości eliksirów. Bardzo mnie zaciekawiła
ta mikstura. Byłam pewna, że kiedyś się przyda. O ile nie była tandetną
podróbką.
Chwilę później, ściskając eliksir w garści,
dogoniłam moją rodzinę w drzwiach sklepu madame Malkin, o dziwo wciąż
otwartego. Przygotowałam się na nudne
chwile dopasowywania do mnie szaty.
Gdy wreszcie zeszłam ze stolika byłam wykończona.
Irytowało mnie sterczenie godzinami przed lustrem lub w sklepie z ubraniami.
Miałam gdzieś modę. Wiele dziewczyn w Hogwarcie śmiało się ze mnie, gdyż chodziłam w dżinsach, zamiast w niewygodnych sukienkach
i spódnicach. Cóż, ich gust, ich sprawa. Nie przejmowałam się tym. Przynajmniej
tak sobie samej wmawiałam.
Teraz Malkin wzięła w obroty Dracona. Pojękując pod
ukłuciami szpilek, kłócił się z matką:
- Ile razy mam ci powtarzać, że nie jestem już
dzieckiem bo jakoś tego nie dostrzegasz, mamo. SAM potrafię robić zakupy.
Madame Malkin postanowiła załagodzić kłótnię i
wtrąciła;
- Ależ mój drogi, twoja matka ma rację, nikt nie
chodzi dziś sam, to nie ma nic wspólnego z tym, czy jesteś dzieckiem…
- Proszę
uważać, gdzie pani wbija tę szpilkę! – odparł cienkim głosem mój braciszek.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Draco zachowywał się jak
piskliwa lalusia. Wyobraziłam go sobie z loczkami i w sukience – ledwie
zdusiłam śmiech.
Nagle zza wieszaków z sukniami wychynął… no któż by
inny? Święta Trójca Hogwartu – Potter, Granger i Weasley.
Wielki Harry Potter mnie wkurzał. Uderzyła mu sława
do głowy. Miał obsesję ratowania innych i robienia z siebie bohatera. Łatwo
jest być bohaterem, gdy zostało się
wybranym przez przeznaczenie i ludzi. Znacznie trudniej jest bronić własnych
przekonań wbrew całemu światu. Nie uważałam, że nie zasłużył się dla świata
czarodziei, ale miał dużo szczęścia i pomocy innych, większych, lepszych od
niego czarodziei. W tym jednym punkcie zgadzałam się z Czarnym Panem.
Ronald Weasley był trochę przygłupi, ale współczułam
mu. Życia w cieniu Wybrańca, ubóstwa i konieczności znoszenia wieloosobowej
rodziny. Wyobraziłam sobie mieszkanie z kilkoma Draconami i zrobiło mi się
nieswojo.
Hermiona Granger była w porządku. Może się mądrzyła,
ale miałam z nią wiele wspólnego. Też kochała książki i była najlepsza w swojej
klasie. Prawdę mówiąc, zazdrościłam jej fantastycznych przygód z Potterem i
Weasleyem, które zawsze kończyły się happy endem. W moim życiu tak nie było.
Dracon postanowił popisać się swoja elokwencją i
marszcząc nos, powiedział, pretensjonalnie wyciągając wyrazy:
- Jeśli się zastanawiasz, co tak śmierdzi, mamo, to
ci wyjaśnię, że właśnie weszła szlama.
Krew się we mnie zagotowała, ale policzyłam do
dziesięciu i zacisnęłam pięści. Nie miałam zamiaru psuć sobie nerwów przez tego
gnojka. Wręcz przeciwnie do Pottera i Weasleya, którzy już podnieśli różdżki i
celowali w mojego brata.
- Nie sądzę, żeby trzeba było używać takiego języka!
–próbowała ratować sytuację Madame Malkin. – I nie życzę sobie wyciągania
różdżek w moim sklepie!
Hermiona próbowała ich powstrzymać, na co Draco
zareagował szydercza wypowiedzią:
- Ja myślę, zresztą i tak byście się nie odważyli
użyć czarów poza szkołą. Kto ci podbił oko, Granger? Chcę mu posłać kwiaty.
Miałam wielką ochotę się na niego rzucić.
- Dość tego! – Malkin interweniowała. – Proszę pani…
Moja matka wyłoniła się z głębi sklepu.
- Odłóżcie to.- powiedziała przez zęby do Harry’ego
i Rona. – Jeśli znowu zaatakujecie
mojego syna, możecie być pewni, że będzie to ostatnia rzecz w waszym życiu.
- Naprawdę? – Potter zaczął się stawiać, jak to on.
- Zamierza pani wezwać kilku zaprzyjaźnionych
śmierciożerców, żeby nas wykończyli?
Malkin pisnęła i coś wymamrotała, ale nie zwracałam
na to uwagi, skoncentrowana na
konflikcie.
- Widzę , że jako pupilek Dumbledore’a masz fałszywe
poczucie bezpieczeństwa, Harry Potterze. Ale Dumbledore’a może zabraknąć i kto cię wtedy ochroni?
- Ojej . . patrzcie … jego tu nie ma! Więc czemu by
nie spróbować? Może znajdą podwójną celę w Azkabanie, dla pani i pani męża?
- Nie waż się tak mówić do mojej matki! – wtrącił
się Draco.
- Uspokój się, Draco. – powstrzymała jego szlachetny zapał moja
matka. –Myślę, że Potter spotka się ze swoim ukochanym Syriuszem prędzej niż ja
z Lucjuszem.
- Przestańcie! – krzyknęłam. Miałam dość tej kłótni.
Wszyscy spojrzeli na mnie zdziwieni. Tylko Hermiona mnie poparła:
- Harry, nie! Zastanów się… nie wolno ci… wpadniesz
w tarapaty…
Madame Malkin postanowiła zignorować tą sytuację i
zajęła się Draconem. Ten i nie wytrzymał i z okrzykiem „matko, ja już jej nie
chce!” zrzucił niedokończona szatę.
- Masz rację, Draco.
– orzekła zimno moja matka. – Teraz już wiem, że do tego sklepu
przychodzą same szumowiny. Lepiej chodźmy do Twilfitta i Tattinga.
Wyszliśmy pospiesznie ze sklepu. Westchnęłam. Podobne
wydarzenia często miały miejsce w Hogwarcie.
***
Prze następne półgodziny Draco przymierzał szatę,
kupowaliśmy podręczniki i składniki do eliksirów. W księgarni Esy i Floresy
matka spotkała swoją znajomą i wdała się z nią w rozmowę. Wzruszyłam ramionami
i już miałam wyruszyć na poszukiwania podręcznika do transmutacji, gdy kątem
oka zauważyłam, jak Draco wymyka się niepostrzeżenie z księgarni. Coś mnie
tknęło. Nie poszedłby sobie bez konkretnego celu, i to samotnie. Postanowiłam
go śledzić. Wyszłam za nim na ulicę w mgłę i przenikliwe zimno, prezent od
dementorów.
Jak przewidziałam, minął bez zainteresowania sklep
Weasley’ów ( mnie osobiście ten sklep bawił. Milo było oderwać się od szarej
rzeczywistości, patrząc na jego witrynę). Skierował się… gdzieżby indziej… na
Śmiertelny Nokturn! Moja ciekawość wzrosła. To jedna z moich uporczywych wad:
wścibskość i talent do wpadania w tarapaty.
Zachowując odpowiednia odległość, podążyłam za nim w
mroczną uliczkę. Kręciło się tu parę podejrzanych osób. Mocniej zacisnęłam rękę
na różdżce. Tutaj miałam gdzieś Namiar.
Nagle usłyszałam głosy:
- Auu!
- Ciiicho! Patrz! On jest tu!
Ukryłam się za jakimś budynkiem. Serce biło mi w
szaleńczym rytmie. Ostrożnie wychyliłam się zza rogu i … nikogo nie zobaczyłam!
A przecież rozpoznałam głosy Granger i Pottera!
- „A może rzucili na siebie zaklęcie zwodzące?”
To by miało sens. Zajęłam się rozglądaniem za
Draconem, uważając, by nikt mnie nie zobaczył.
Ujrzałam Dracona i pana Borgina, rozmawiających przy
ladzie w sklepie „Borgin i Burkes”. Po chwili zniknęli w głębi.
Zaklęłam w myślach. Nagle przypomniałam sobie o Eliksirze
Widzenia. Wyjęłam buteleczkę z torby i zapoznałam się z instrukcją.
„ Otwórz fiolkę . Patrząc na taflę substancji pomyśl o danej osobie. Wypowiedz
zaklęcie Viderum.”
Proste. Zrobiłam wszystko według instrukcji, myśląc
o bracie. Po chwili na lustrze eliksiru zobaczyłam Dracona, który rozmawiał z
Borginem, pokazując na jakąś szafkę. Właściciel sklepu wyglądał na
podenerwowanego. W pewnym momencie mój
brat podciągnął rękaw szaty, pokazując coś na prawym ramieniu. To był czarny Mroczny Znak.
Poczułam się tak, jakbym dostała w twarz. Draco
śmierciożercą? Może i był jadowitą żmiją, jednak wydawało mi się, że jest zbyt
tchórzliwy, żeby pójść drogą rodziców.
Nagle sobie coś przypomniałam. W środku lata,
podczas burzy, Draco z matką zniknęli na
parę godzin. Gdy wrócili, Draco sprawiał wrażenie przerażonego skazańca na
śmierć. Wspomnienie utonęło w wirze szarej wakacyjnej codzienności.
Teraz już wiedziałam, gdzie się udali.
Mój brat śmierciożercą … sługą JEGO… ciężar tej
wiedzy spadł na mnie jak kamień. Już nawet nie wpatrywałam się w miksturę.
Nagle zobaczyłam pod instrukcja napis drobnym
druczkiem:
„Do jednorazowego użytku”
Zaklęłam pod nosem.
***
Wyobrażam
sobie, co myślicie o Eve. Prolog- o, kolejna szara myszka, outsiderka. Pierwszy
rozdział – oj, trudny charakter, nie ma co ;). A tak serio: średnio podoba mi
się ten rozdział, najbardziej pierwsza scena. Kłótnie Dracona i Eveline rządzą,
nie sądzicie? Eveline jest zbyt pretensjonalna, ale wybaczcie. Dopiero
zaznajamiam się z tą bohaterką i staram się wyraziście kreować jej charakter.