Wybaczie, że tak długo musieliście czekać na 4 rozdział, ale czekałam na kolejne komentarze.
Jak na razie widze pod 3 rozdziałem tylko 1. co się z Wami dzieje, moi drodzy czytelnicy? Nie mogłma sie zdecydowac, cyz wstawić kolejny post takze dlatego,ze nie ma kompletnie weny. Napisałam 1,5 rozdziału w czasie ferii, a teraz kompletnie mnie zablokowało. No dobrze, już Was nie będę zanudzać. zapraszam do lektury .
Rozdział 4
Hogsmeade
(Nightwish „Slow, love, slow” - www.youtube.com/watch?v=ElbyDZYeAzU)
Październik
od drugiego tygodnia stał się deszczowy. Liście opadały. Wzgórza wokół Hogwartu
i Zakazany Las zatracały powoli, ale nieodwracalnie swój urok różnobarwnej
mozaiki, stawały się gołe i smutne.
Rozpoczęła się szara jesień.
Jak
na złość, nauki było jeszcze więcej niż w pierwszym miesiącu. Trzeba było
zakuwać do późna w nocy. Jeszcze nigdy dotąd nie tęskniłam tak do leniwych,
letnich dni. Gdyby nie Ariel, chyba pogrążyłabym się w jesiennej depresji. Pomagał mi w nauce, rozśmieszał, rozweselał,
podtrzymywał na duchu. Teraz każda ocenę traktowaliśmy jako owoc wspólnego
wysiłku, co wcale (o dziwo) nie umniejszało mojej satysfakcji. Był moim promykiem słońca w smutnych
chwilach.
Piątek
w drugim tygodniu października był wyjątkowo słoneczny. Wiał wiatr, gnając ze
sobą chmury, ale nie było zimno. Po obiedzie od razu poszłam do dormitorium.
Byłam padnięta. Ten tydzień był wyjątkowo męczący ze względu na tony prac
domowych i piekielnie trudne zadanie od Snape’a. Mieliśmy przez cztery dni gotować
skomplikowany eliksir, codziennie o określonych godzinach dodawać dane
składniki, mieszając miksturę w odpowiedni sposób. Żmudna praca. Cieszyłam się, że to już koniec.
Miałam
już udać się do swojego pokoju, by legnąć na łóżku i poczytać trochę z
zatyczkami w uszach, kiedy Ariel powiedział:
-
Mam pomysł. Zróbmy sobie dziś zupełnie wolne popołudnie. Wyjdźmy do kolacji na
błonia. Jest dziś wyjątkowo ładnie.
-
Świetna myśl. Polecę tylko po kurtkę. Zaraz się tu zobaczymy.
Już
niedługo potem byliśmy na błoniach. Słońce zalewało pole wypłowiałej trawy,
Zakazany Las i wzgórza. Wiatr igrał mi we włosach. Skierowaliśmy się w kierunku
lśniącego w promieniach słońca jeziora, narzekając na szkolną harówkę. Po
chwili dotarliśmy do wody. Usiadłam na mostku tak, że nogi zawisły mi tuż nad
powierzchnią wody. Wpatrzyłam się w samotny liść pływający tuż obok moich
nóg. W pewnym momencie wiatr popchnął go
w głąb jeziora. Wyruszył w swoją pierwszą i ostatnią podróż.
-
Wiesz … pomyślałam sobie… żebyśmy
poszli razem do Hogsmeade w tą sobotę. – wykrztusił nagle Ariel.
Odwróciłam
się do niego zaskoczona. Całkiem zapomniałam o tym wyjściu.
-
Oczywiście jako przyjaciele. – dodał szybko i się zaczerwienił.
-
Dlaczego ja? Mnóstwo dziewczyn dałoby się poćwiartować za pójście gdzieś z
tobą.
-
Ty… one… są nudne. Ty jesteś interesująca.
I inteligentna. I miła. –plątał się Ariel.
Uśmiechnęłam
się. To było przyjemne.
-
Jasne, że z tobą pójdę. Jako przyjaciółka. – zastrzegłam.
Ariel
się rozpromienił. Już do końca dnia był radosny i gadatliwy.
***
Tego
wieczoru nie mogłam zasnąć. Przekręcałam się z boku na bok w dusznej ciemności.
Myślałam o zaproszeniu Ariela. Dlaczego to zrobił? Po prostu chciał spędzić
przyjemnie czas z przyjaciółką. Ta odpowiedź była najłatwiejsza najlogiczniejsza. Ale… niepokoiło mnie coś w
jego zdenerwowaniu i późniejszej radości. I w sposobie, w jaki na mnie patrzył,
kiedy odrabiałam pracę domowa, a on robił sobie krótką przerwę. Czułam się
wtedy skrępowana. I w reakcji mojego
ciała na jego dotyk: drżenie i sztywnienie.
„
Nie wmawiaj sobie niewiadomo czego.” – powiedziałam sobie stanowczo. –
„Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Najlepszymi, ale nic więcej.”
Te
rozważania przerodziły się w dziwny sen. Śniło mi się, że Ariel kupił u Zonka
kubek w serduszka i chciał mi go podarować. Powiedziałam mu, że to idiotyczne,
wtedy on odparł, ze w takim razie
sprezentuje go Delansie, jednej z moich
idiotycznych współlokatorek. Nawrzeszczałam na niego (każdy by tak zareagował
na taką głupotę) i obudziłam się w momencie, gdy zamierzałam się do walnięcia
tego idioty Stormynight’a kubkiem w łeb.
Po
chwili zwlokłam się z łóżka i wybrałam ubranie: zieloną bluzę z kapturem (Ariel
uważał, że bardzo mi pasuje do oczu) i szare rurki. Nie wiedziałam, dlaczego
się tak przejmuję się strojem. Pewnie dlatego, że była to moja pierwsza ran …
pierwsze wyjście gdzieś z chłopakiem sam na sam. Po jakiejś półgodzinie
dostałam się wreszcie do łazienki.
Ubrałam
się, chwyciłam kurtkę, założyłam buty i pognałam na dół, do dormitorium. Czekał
tam już na mnie Ariel, w czarnej bluzie i dżinsach ze wzorem błyskawic. To
ubranie bardzo mu pasowało.
Na
mój widok na twarzy Alexa odmalował się
ten jego krzywy, ironiczny uśmieszek. Skłonił się przede mną dwornie,
teatralnie i powiedział:
-
Panienka dziś wręcz olśniewa swoją pięknością, panno Malfoy.
Zaczerwieniłam
się. W ten dziwny sposób reagowałam na wszystkie jego komplementy, nawet te
udawane.
-
A pan jest dziś wyjątkowo wytworny i elegancki, panie Stormynight. –
zripostowałam.
-
Nieźle . – skomentował.- No to … idziemy na śniadanie?
-
Jasne. Jestem porządnie głodna.
***
Po
śniadaniu od razu wyszliśmy do Hogsmeade. Było o wiele zimniej niż wczoraj.
Zacinał lodowaty deszcz ze śniegiem. Ciemne chmury pędziły po niebie z
oszałamiającą prędkością. Otuliłam się szczelnie kurtką i szalikiem.
Oczywiście założyłam też czapkę.
Ruszyliśmy kierunku czarodziejskiej
wioski jako ostatni. Przynajmniej tak nam się wydawało.
Po
chwili okazało się, że to jednak nie my wleczemy się na szarym końcu.
Usłyszeliśmy za sobą śmiechy i głosy. Odwróciłam się. No tak, paczka mojego
brata. Goyle, Crabbe, Blaise, Parkinson. O dziwo bez Dracona. A no tak,
przypomniałam sobie, że ma szlaban u McGonnagal.
Oczywiście
Pansy nie mogła się powstrzymać od jakże dowcipnej, drwiącej uwagi:
-
O, nasza czarna owca znalazła sobie wreszcie chłopaka! Jakim cudem?
Stormynight, totalnie zepsuł ci się gust.
Ariel
zesztywniał. Ścignęłam jego dłoń i szepnęłam:
-
Wyluzuj. Nie przejmuj się tymi idiotami. Plotą, co im ślina na język
przyniesie.
Nie
rozluźnił się jedynak. Po drodze milczeliśmy, może dlatego, że musieliśmy
walczyć z niesprzyjającymi zjawiskami
pogodowymi. Spotkanie z paczką Dracona sprawiło, że mimowolnie zaczęłam
rozmyślać o jego zachowaniu ostatnimi czasy. Był bledszy niż zwykle, wyglądał
nieciekawie, jak ktoś po kilku nieprzespanych nocach, zachowywał się nerwowo,
był myślami daleko od tego, co w danym momencie robił. Nie rzucał już na każdym
kroku „inteligentnymi” i w jego mniemaniu zabawnymi dowcipami. To nie było do
niego podobne. Zbagatelizowałam sprawę, mówiąc sobie, zż to pewnie z
przemęczenia szkołą.
Hogsmeade
sprawiała o wiele bardziej ponure wrażenie niż w zeszłym roku. Niektóre
witryny, na przykład sklepu Zonka, były zabite deskami. Wszędzie porozlepiane
były ulotki ze zdjęciami poszukiwanych śmierciożerców. O dziwo, nie było
dementorów. Podzieliłam się tym spostrzeżeniem z Arielem. Odburknął, że dawni
strażnicy Azkabanu najprawdopodobniej są już od dawna po stronie Czarnego Pana.
Wreszcie
dotarliśmy do Miodowego Królestwa. W środku panowało ciepło. Kupiłam ogromna
tabliczkę czekolady toffi, parę cukrowych piór deluxe, kwachy i pudełko
czekoladowych żab.
Następnie
skierowaliśmy się do Trzech Mioteł. Zamówiliśmy dwa kremowe piwa i
usiedliśmy przy jednym z niewielu wolnych stolików.
Rozmowa
się nie kleiła. Ariel dalej był zły i zażenowany incydentem na drodze. Każdy
temat, jaki zaczęliśmy, urywał się po kilku minutach. Nagle nauka wydała mi się
nudna, choć w zamku potrafiliśmy gadać o niej całymi godzinami.
W
pewnym momencie jednocześnie sięgnęliśmy po kremowe piwo. Jednak Ariel, zamiast
chwycić butelkę, wyciągnął rękę dalej i złapał mnie delikatnie za dłoń.
Przebiegł
mnie dreszcz. Serce mi zamarło. Czas się zatrzymał na tą jedną, magiczna
chwilę. Ciepło jego dłoni dawało poczucie bezpieczeństwa. Widziałam tylko jego
piękną, bladą twarz, proporcjonalne rysy, karminowe usta, kruczoczarne włosy i
burzowe, dzikie oczy, teraz przepełnione … troską?... przywiązaniem?...nie… to
nie były odpowiednie określenia… może… miłością?!
Na
tą elektryzującą myśl puściłam jego
rękę. Cofnął ją z tęsknym westchnieniem. Rozejrzałam się. Cały lokal się na nas gapił. Dokończyłam
butelkę piwa kremowego i odłożyłam ją hałaśliwie na stół. Wstałam i oznajmiłam
nieswoim, piskliwym głosem:
-
Lepiej wracajmy już do zamku.
Ariel
przytaknął smutno w odpowiedzi.
Zaczęłam
nerwowo zakładać kurtkę. „Co się ze mną
dzieje?’ –zapytałam sama siebie.
Po
chwili wyszliśmy z pubu w wilgotną zamieć, tuż za Potterem, Granger, Weasleyem
oraz ścigającą Gryfonów, Katie Bell i jej przyjaciółką. Lodowaty wicher, deszcz
ze śniegiem i błoto pozwoliły mi oderwać się myślami od wydarzeniu w „Trzech
Miotłach”, choć zachowywałam dystans między mną i Alexem. Wiatr niósł odgłosy
rozmowy Bell i jej towarzyszki. Wyglądało na to, że się kłócą o jakiś przedmiot
trzymany przez Katie.
- To nie
ma nic wspólnego z tobą, Leanne! – krzyknęła Bell.
Powiało
mi w twarz śniegopodobną papką. Gdy ją otarłam, zobaczyłam coś nieprawdopodobnego.
Katie Bell unosiła się nad ziemią, jakby z gracją zrywając się do lotu. Nagle
powietrze przeszył straszny wrzask i dziewczyna spadła na ziemię. Zaczęła się
miotać w strasznym cierpieniu. Krzyczała, wręcz wyła z bólu. Święta Trójca
Hogwartu podbiegła do niej i jej zapłakanej koleżanki. Nie miałam pojęcia, co
robić. Na szczęście Ariel miał.
- Zostań
tutaj. - rzucił, oddalając się w kierunku zamku. - Biegnę po pomoc.
Bezradnie
patrzyłam na wijącą się w konwulsjach Katie. Minuty wydawały się godzinami.
Wieki minęły, zanim przybiegł Hagrid ze Stormynightem.
-
Cofnijcie się! - zagrzmiał włochaty półolbrzym. – Niech se ją obejrzę!
- Coś
jej się stało – szlochała Leanne. - Nie wiem, co…
Gajowy
przez chwilę przypatrywał się leżącej na śniegu dziewczynie, potem wziął ją na
ręce i pognał do zamku.
Stałam
niezdecydowana razem z pozostałymi. Dopiero do mnie docierało, co się stało.
Najrozsądniej byłoby, rzecz jasna, wrócić do szkoły, ale trzymała mnie tu
tajemnica klątwy ( bo to musiała być czarna magia) rzuconej na Bell. I głupio
było mi tak po prostu pójść, zostawiając płaczącą, zagubioną Leanne. Choć de
facto nie byłam najlepsza w pocieszaniu innych.
Granger
podeszła do przyjaciółki Katie i objęła ją ramieniem.
-
Leanne, tak? To się stało zupełnie nagle czy...? - zapytała.
- Kiedy
rozerwało się to opakowanie. - dziewczyna wskazała na leżącą na śniegu torbę.
Weasley
pochylił się nad nią, ale Wybraniec wrzasnął:
- Nie
dotykaj tego!
I sam
się schylił. Po chwili wahania poszłam w jego ślady. Zza rozdarcia widać było
piękny, srebrny naszyjnik ozdobiony opalami. Aż chciało się go założyć, wziąć
go choćby na chwilę do rąk, podziwiać z biska jego kunsztowność. Ale nie byłam
głupia. To coś w jakiś sposób skrzywdziło ścigającą Gryfonów. Za nic nie
chciałam pójść w jej ślady.
- Ja już
to widziałem! - Chłopca, który Przeżył olśniło. – w sklepie Borgina i Burkes'a,
bardzo dawno temu. Na etykietce było napisane, że na naszyjniku ciąży klątwa.. Katie musiała go
dotknąć. - Popatrzył na drżącą Leanne. - Skąd Katie go miała?
Roztrzęsiona
dziewczyna odpowiedziała:
- Właśnie
o to się pokłóciłyśmy. Poszła do toalety w Trzech Miotłach, a jak wróciła,
miała to w ręku i powiedziała, że to ma być niespodzianka dla kogoś Hogwarcie i że ma to doręczyć. Wyglądała
jakoś dziwnie, kiedy to mówiła… O nie, nie, nie! … Na pewno była pod działaniem
Imperiusa, a ja tego nie zauważyłam!
Leanne
wybuchła płaczem. Hermiona poklepała ją łagodnie po ramieniu.
- Nie
powiedziała, kto jej to dał?
- Nie...
Nie chciała powiedzieć... a ja jej mówiłam, że jest głupia i że takich rzeczy
nie wolno wnosić do szkoły, ale ona wcale mnie nie słuchała .. a potem
próbowałam jej to wyrwać … i …. i - przyjaciółka Katie Bell kompletnie się
rozkleiła.
-
Chodźmy lepiej do szkoły - powiedziała Hermiona, przytulając opiekuńczo Leanne.
- Dowiemy się, jak się czuje. Chodź…
Potter
wziął opakowanie z naszyjnikiem do ręki razem ze swoją paczką ruszył w stronę
Hogwartu.
Ja i
Ariel podążyliśmy za nimi.
- Jak
myślisz, kto podrzucił naszyjnik Bell? - Alex odezwał się po chwili.
- Skąd
mam wiedzieć? - odpowiedziałam opryskliwie pytaniem na pytanie.
- To
chyba nie był nikt z Hogwartu, nie? To musiał być ktoś, kto się naprawdę dobrze
zna na czarnej magii... Ale po co to zrobił? Kogo chciał załatwić?
Odwróciłam
się do niego. Jego rozważania działały mi z jakiegoś powodu na nerwy.
-
Przestań! Traktujesz to wydarzenie jak jakąś ciekawą zagadkę! Twoje ględzenie
nie pomoże Katie Bell.
Jego
oczy stały się zimne jak lód.
- Sama
jesteś ciekawa. Skoro tak się przejmujesz Katie, to dlaczego od razu nie
pobiegłaś z nią za Hagridem, tylko zostałaś z Leanne?
Trafił w
sedno. Do samego wejścia nie odzywaliśmy się do siebie.
- „Co
się ze mną dzieje?” - spytałam sama siebie już drugi raz tego wieczoru.
Gdy
byliśmy już przed wejściem do zamku, po schodach wybiegła profesor McGonnagal.
Okulary miała przekrzywione, wyglądała na podenerwowaną. Śpieszyło jej się.
- Hagrid
mówi, że wasza szóstka widziała, co się stało Katie Bell.. Natychmiast na górę,
do mojego gabinetu! Co ty tam trzymasz, Potter?
- To
właśnie ta rzecz, której dotknęła.
-
Wielkie nieba! – wykrzyknęła zaniepokojonym głosem, odbierając naszyjnik
Harry’emu. – Nie, nie, Filch, oni są ze mną! – rzuciła do woźnego, czającego
się na nas z czujnikiem tajności. – Natychmiast zanieś ten naszyjnik do
profesora Snape’a, tylko go nie dotykaj, przez cały czas trzymaj przez szalik!
Ruszyliśmy
za nauczycielką w górę do jej gabinetu. Zza witrażowych okien widać było
szalejącą na dworze zamieć. Gabinet pani profesor był chłodny,pomimo ognia
buzującego na kominku. McGonnagal stanęła za biurkiem i zapytała ostro:
- No
więc? Co się stało?
Leanne,
szlochając, urywanymi zdaniami opowiedziała o wszystkim do momentu, w którym
paczka się rozerwała. Wtedy dziewczyna rozpłakała się i nie mogła już z siebie
nic wydusić.
- No,
już dobrze – powiedziała łagodniej profesor McGonnagal – Leanne, idź do
skrzydła szpitalnego i poproś panią
Pomfrey, żeby dała ci coś na uspokojenie.
Gdy
tylko Leanne wyszła, McGonnagal zwróciła się do nas:
- Co się
stało, kiedy Katie dotknęła naszyjnika?
-
Uniosła się w powietrze. A potem zaczęła
wrzeszczeć i spadać. – odpowiedział Potter - Pani profesor, czy mogę się
zobaczyć z profesorem Dumbledore’em?
-
Dyrektora nie ma wróci, dopiero w poniedziałek. – odrzekła zaskoczona
nauczycielka.
Mnie tez
to zdziwiło. No tak, podobno Potter to ulubieniec dyrektora, ale czy ta sprawa
wymagała wysłuchania jej przez Dumbledore’a?
Po
krótkim wahaniu Wybraniec powiedział:
- Myślę,
że to Draco Malfoy dał Katie ten naszyjnik.
Co?! Mój
brat?! Spokojnie, pomyślmy logicznie. Ktoś chciał ten naszyjnik dostarczyć do
Hogwartu, nie było co do tego wątpliwości. Tylko po co? Kogo chciano
zamordować?
Pomyślałam
o wszystkich ważnych ludziach w Hogwarcie. Ktoś z nauczycieli? Być może. Harry
Potter? Nie. To nie było w stylu Czarnego Panu. Chciał wykończyć Pottera
osobiście, w pojedynku, a nie skrytobójczo. Dowiódł tego rok temu. Miał wtedy w
Hogwarcie zaufanego śmierciożercę, on mógł zabić Pottera. Jednak tak się nie
stało. A może… Dumbledore? Był jedynym, którego bał się Ten, Którego Imienia
Nie Wolno Wymawiać.
Szkoła dostałaby się wtedy w ręce takich ludzi, jak podejrzany o
śmierciożerstwo Snape. To było najbardziej prawdopodobne.
Ale
dlaczego mój brat? W sumie… był uczniem,
miał dostęp do ważnych osób w Hogwarcie. Może dlatego już teraz został śmierciożercą? Jednak… on? Był na to za młody
i za głupi. Może to tylko próba ukarania za coś moich rodziców? Tyle pytań, tak
mało odpowiedzi.
Nerwowe
milczenie przerwała McGonnagal:
- To
bardzo poważne oskarżenie, Potter. Masz jakiś dowód?
- Nie…
ale… kiedy wybrałem się na zakupy na Pokątną z Ronem i Hermioną, widziałem, jak
Malfoy poszedł do Borgina i Burkesa. Podsłuchaliśmy rozmowę między nim a
Borginem.
No tak,
wszechobecna Święta Trójca i tam się znalazła.
Zmieszana
nauczycielka zapytała:
- Malfoy
zaniósł coś do naprawy do Borgina i Burkesa?
- Nie,
pani profesor, on tylko chciał, żeby Borgin powiedział mu, jak coś się
naprawia, nie miał tego ze sobą. Ale nie w tym rzecz, chodzi o to, że wtedy coś
kupił, i myślę, ze to był właśnie ten naszyjnik…
-
Widziałeś, jak Malfoy wychodził ze sklepu z tą paczuszka?
- Nie,
pani profesor, powiedział Borginowi, żeby to dla niego zatrzymał..
- Ale,
Harry – przerwała mu Hermiona – przecież Borgin mówił mu, żeby to wziął, a
Malfoy powiedział „nie”…
- bo nie
chciał tego dotknąć, to chyba oczywiste!
-
Powiedział dokładnie tak: „Jak bym wyglądał, idąc z tym ulicą?’
- No
chybaby wyglądał ja palant, idąc ulicą z naszyjnikiem. – wtrącił Weasley.
- Och,
Ron! Przecież naszyjnik był opakowany, więc i tak nie musiałby go dotykać,
zresztą taką paczuszkę łatwo schować pod peleryną, żeby nikt jej nie zobaczył!
Myślę, że to coś, co sobie zarezerwował u Borgina, musiało być… no nie wiem…
hałaśliwe albo bardzo duże , musiałoby to był coś, co zwróciłoby uwagę na
ulicy… Zresztą ja sama zapytałam Borgina o ten naszyjnik, nie pamiętasz? Kiedy
weszłam do sklepu i próbowałam ustalić, co Malfoy kazał dla siebie zatrzymać,
widziałam go tam. A Borgin tylko podał mi cenę, wcale nie mówił, że naszyjnik
jest już sprzedany albo coś…
- No bo
zachowywałaś się tak, że Borgin po pięciu sekundach zorientował się, o co
naprawdę chodzi, to oczywiste, że nie zamierzał ci powiedzieć.. Zresztą Malfoy
mógł to zabrać później, kiedy…
- Dość
tego! – przerwała kłótnię McGonnagal. – Potter, doceniam, że mi to
powiedziałeś, ale nie możemy oskarżać pana Malfoya o to, że odwiedził sklep, w
którym mógł być sprzedany ten naszyjnik. Dotyczy to prawdopodobnie setek ludzi…
- … to
samo mówiłem.. – wtrącił się cicho Weasley.
- … a zresztą zastosowaliśmy w tym roku surowe środki
bezpieczeństwa. Nie wierzę, że ten naszyjnik mógł być w szkole bez naszej
wiedzy...
- Ale...
-...I co więcej - powiedziała powoli Profesor McGonagall - Pan
Malfoy nie był dzisiaj w Hogsmeade…
Potter inteligentnie rozdziawił paszczę i zapytał:
- Skąd Pani Profesor wie?
-
Dlatego, bo był ze mną. Odrabiał pracę domową z transmutacji, ponieważ dwa razy
pod rząd jej nie oddał. Tak, więc dziękuje za Twoje przypuszczenia, Potter –
powiedziała, a następnie wstała - ale teraz muszę iść do skrzydła szpitalnego,
sprawdzić, co z Katie Bell. Miłego dnia życzę.
Wypchnęła
Pottera, Granger i Weasleya za drzwi, po czym zwróciła się do mnie i Alexa.
- Panie
Stormynight, czy wie pan coś więcej o tym fatalnym wydarzeniu?
- Nie,
pani profesor. – odpowiedział bez zastanowienia.
McGonnagal
odwróciła się do mnie. Poczułam, jak jeżą mi się włosy na karku. Swoje
świdrujące, natarczywe spojrzenie wbiła we mnie.
Pociłam
się jak mysz ze strachu. „Nie odwrócić oczu ani się zaczerwienić. Dla Dracona.
Nawet jeśli jest irytującym dupkiem. Musze być silna… silna… silna…”
Przełknęłam
ślinę. Zaschło mi w gardle. Odrobinę za późno wydusiłam:
- Nie.
„Jedno
małe nie, a takie sprawia trudności” – myślałam, idąc z Arielem do dormitorium
Slytherinu. W mojej głowie szalała burza myśli. Byłam zmarznięta, zmęczona i głodna,
ale wiedziałam, że dziś w nocy długo nie będę mogła zasnąć…
***
Wierciłam
się w dusznej ciemności. Wokół mnie leżała skołtuniona pościel. Dręczyły mnie
gorzkie wyrzuty sumienia.
- „Musiałam tak zrobić” – próbowałam się
usprawiedliwiać – „Gdybym go zdradziła, trafiłby do Azkabanu. To byłoby prawie
bratobójstwo.”
- „Ale
przecież go nienawidzisz”- jakiś głos w mojej głowie szepnął – „Mogłabyś w ten sposób zemścić się za lata upokorzeń…”
To nie
była szlachetna myśl, choć miała szlachetne usprawiedliwienie.
- „ Ale
czy to naprawdę on próbował zabić kogoś w Hogwarcie? Może to Snape? Nawet nie
było go dziś w Hogsmeade.”
- „ No
to po co był u Borgina i Burkesa?” –natychmiast otrzymałam odpowiedź.
- „Nie
ma dowodów na to, że kupił ten naszyjnik. Chciał, żeby Borgin coś mu naprawił.
Wskazywał na jakąś szafkę. Rzeczywiście by dziwnie wyglądał, niosąc ją ulicą.”-
broniłam się.
- „Ale
jednak coś tam załatwiał. Coś knuje. Wystarczy na niego spojrzeć. I jest
śmierciożercą. Na pewno nie bez powodu został nim przed ukończeniem szkoły”
- „W
każdym razie ma jeszcze najprawdopodobniej pomocnika w osobie Snape’a. A na
niego nie mogę donieść, bo nie mam dowodów. Zresztą nauczyciele i dyrektor
raczej przechytrzą plany mojego brata”.
Tak
uspokoiwszy sumienie, powróciłam myślami do tego magicznego… „Nie – poprawiłam
sama siebie- niepokojącego” momentu w Trzech Miotłach. Moja reakcja na jego
dotyk… drżenie, zatrzymanie pracy serca, wyrażając się naukowo… pasowały do
opisów mojej świętej i bolesnej pamięci babci dotyczących zachowania
zakochanych.
- „Nie”
– powiedziałam sobie stanowczo – „Nie kocham go. Jest moim najlepszym
przyjacielem, podporą, pomocą w tych nienajlepszych czasach. Lubię z nim
spędzać czas. To wszystko”
-
„Nieprawda” – pisnął jakiś cichy, natarczywy głosik z głębi mojej
podświadomości.
- „Nie
kocham go!”
-
„Kochasz!”
- „Nie!”
- „Tak!
Gwałtownie
zrzuciłam z siebie skłębiona kołdrę i usiadłam, wściekła, na łóżku.
- „No
cudownie, zaczynam gadać z własną głową.”
W pokoju
panowała cisza. Słychać było spokojne oddechy moich współlokatorek. Zerknęłam
na zegarek. Było już grubo po północy.
- „Co
się ze mną dzieje?” –zapytałam sama siebie już po raz trzeci.
***
A my dobrze wiemy, co się z nią dzieje...
Uff, nareszcie skończyłam ten rozdział. Nie cierpię przepisywania z
książki i jeszcze z poprawkami. Do rzeczy. W tym rozdziale najbardziej podobały
mi się: scena w Trzech miotłach ( to na pewno nie jest perfekcyjny fragment,
ale jestem z siebie zadowolona) i rozważania Eve.
Pewnie zauważyliście, że połaczyłam scenę Ariel
+ Eve z zagadką postępowania Dracona. Będę opierała się w następnych
rozdziałach na tym schemacie, więc raczej nie będzie przesłodzonej atmosfery.
UWAGA: Bardzo proszę o wyłapywanie wszystkich
nieścisłości co do treści książki w tekście. Ciężko mi się w tym wszystkim
połapać.