piątek, 17 maja 2013

Rozdział 5



Rozdział 5
Mea culpa
Zawodzi wiatr jesienny,
Łka miedzy drzewami,
Pieśnią smutną, nużącą
Dla obcego ucha.
Naszą mową,
To znaczy mową tych,
Co łzami wśród grobów
Błądzącego pozdrawiają ducha” –
- Antoni Słonimski
Dni płynęły monotonnie pod pochmurnym nieboskłonem. Niebo nieomal bezustannie płakało, nie tak, jak na wiosnę czy w lato, przelotnie, by zaraz otrzeć twarz i uśmiechnąć się, lecz jakby opłakiwało jakieś nieszczęście. Cały świat przybrał szarą żałobę. Często zdarzały się zamiecie deszczu ze śniegiem.
Ponury nastrój oddziaływał na wszystkich lokatorów Hogwartu. Profesorowie stali się ponurzy, surowsi, łatwo było ich rozzłościć, wyciskali z biednych uczniów ostatnie poty. Na lekcjach wymagali zupełnej ciszy, jakby przeszkadzało im to, że  rozmowy mogłyby zagłuszyć nieustanny, senny odgłos spadających kropel deszczu. Uczniowie byli ospali, zmęczeni, znudzeni.
Pogodziłam się oczywiście z Arielem, ale czułam, że to już nie jest ta sam przyjaźń co wcześniej. Traktowałam go z dużą rezerwą. Może to wpływ paskudnej pogody, ale nie śmialiśmy się już tak często, a jeśli już, to z nieuchwytną sztywnością. Nocami śniły mi się jego oczy przepełnione tęsknota i … miłością. Niechętnie używałam tego słowa, bałam się go, wstydziłam, ale to była prawda.
Bacznie obserwowałam Dracona. Z każdym tygodniem stawał się coraz bardziej wynędzniały. Po lekcjach, gdy tylko nie towarzyszył mi Ariel, śledziłam go. Zdążyłam zauważyć tylko, że często chodzi na trzecie Pietro. Ciekawe po co? Na szczęście ni było żadnych nowych zamachów. Może dał sobie spokój?
Zbliżał się listopad, a razem z nich mecz Ślizgonów z Gryfonami. Treningi były  częste, krótkie i nieregularne ze względu na częstotliwość i długość chwil, w których nie padało. Flint męczył nas intensywnie, ale cała drużyna wiedziała, że to ma sens. W końcu Gryfoni, z wielkim czempionem quidditcha Potterem, byli bardzo dobrzy. Musieliśmy ćwiczyć. Prawdę mówiąc, stresowałam się. To miał być prawdopodobnie najważniejszy mecz w roku. Jeśli nam się nie uda….
***
Leciałam. Mknęłam, przecinając ze świstem powietrzem. Wiatr rozwiewał mi włosy. Miałam ochotę wrzeszczeć ze szczęścia. Czułam się taka wolna…
A najlepsze było to, że to wcale nie był sen.
Zmierzałam w kierunku pętli przeciwników. Musiałam się skoncentrować. Czułam, że ten mecz niedługo się skończy. Było 220:60 dla nas*, dzięki beznadziejnemu obrońcy w osobie Rona Weasleya i złej passie Gryfonów. Mimo znaczącego prowadzenia Slytherinu, wynik meczu nie był jeszcze przesądzony. Jeśli Gryfoni złapią teraz znicza, wygrają. To było dość prawdopodobne, z tego powodu, że mój brat nie grał  ( to było dziwne), a Potter był świetnym szukającym. Chyba, że zdobędziemy jeszcze jedną bramkę, czyli dziesięć punktów.
Byłam już tylko kilkanaście metrów do pętli Gryfonów. Jeden ze ścigających podał mi kafla. Przyspieszyłam. Przeciwnicy i członkowie mojej drużyny zmienili się  w rozmazane plamy kolorów. Nie słyszałam niczego poza świstem powietrza. Kątem oka zauważyłam, że Potter i nasz szukający ścigają się bezlitosnej walce o znicz. Niemal na pewno wygra Wybraniec. Wynik meczu zależy od tego strzału. Ode mnie. Przepełniała mnie euforia. Między mną a pętlami był tylko Weasley. Najbardziej z tej chwili pamiętam właśnie jego bladą, pozieleniałą twarz.
- „Pasuje mu do rudych włosach” – przemknęło mi głupio przez głowę.
Chwyciłam pewniej kafel. Skupiłam się na prawej pętli, niekrytej przez obrońcę. Pomyślałam wszystkich, którzy na mnie liczyli.
O Slytherinie.
O członkach mojej drużyny.
A nawet o moim bracie, leżącym  w skrzydle szpitalnym, który na pewno spodziewałby się, że wszystko zepsuję.
O Arielu…
Nigdy nie dowiedziałam, dlaczego tak się stało. Czy to Weasley zebrał ostatnie resztki sił i się wreszcie postarał, czy to ja się rozproszyłam i źle wymierzyłam. A może to po prostu przez moje fatum.
Zawsze samotna…
Zawsze zamknięta w sobie…
Zawsze nielubiana…
Zawsze niepopularna…
Od początku, zdawałoby się, z przegranym życiem…
W każdym razie, prawda była jedna i bezlitosna.
Nie trafiłam.
Zaraz potem, jak sobie to uświadomiłam, usłyszałam wrzask tłumów i zobaczyłam Pottera ściskającego triumfalnie znicz. Jak w jakiejś głupiej powieści o suberbohaterach opromieniało go słońce. Jeszcze nigdy dotąd tak go nie nienawidziłam. Od tych jego wkurzających, rozczochranych włosów, przez świętą bliznę, po zniszczone adidasy.
Czułam dziwną mieszankę uczuć: szok, żal,  smutek. A przede wszystkim pustkę po radości  nadziei.
„To wszystko moja wina…”
Nie miałam odwagi spojrzeć na moją drużynę. W końcu jednak musiałam to zrobić. Zobaczyłam różne twarze połączone jednym uczuciem: nienawiścią pomieszaną z pogardą i odrazą.
Najgorszy jednak był widok twarzy kapitana drużyny, Marcusa Flinta. Zapamiętam ją do końca życia. Blada, beznamiętna, nieruchoma.
Podleciałam do nich i wylądowałam na ziemi, choć wolałabym uciec. Opłakać kolejną utraconą nadzieję w samotności.
Moje życie cmentarzyskiem nadziei…
Gdy tylko, tak wolno, jak tylko było to możliwe, podeszłam do członków drużyny Ślizgonów, Flint powiedział do mnie głosem zimnym jak stal:
- Wylatujesz z drużyny.
Poczułam się tak, jakby ktoś zdzielił mnie na odlew w twarz. Miałam ochotę krzyknąć, że to nieprawda, że nie ma prawa … jednak patrząc  w jego twarz, opuściła mnie odwagę. Znów byłam małą dziewczynkę, którą skrzyczał ojciec. Odwróciłam się od mojej („już nie”  -pomyślałam gorzko) drużyny i pobiegłam. Przed siebie, na oślep. Moim jedynym celem była ucieczka od tych pełnych nienawiści twarzy i pogardliwego wycia tłumu. Biegłam, płakałam, ale łzy ani bieg nie przynosiły ulgi, wciąż miałam przed oczami drużynę.
„To wszystko moja wina…”
Nawet nie zorientowałam się, że trafiłam do dormitorium Slytherinu. Tam przywitały mnie szydercze oklaski i nienawistne spojrzenia. Jedna z moich współlokatorek, Delansie, wykrzyknęła:
- I jak tam po wygranej Gryfonów? Bardzo nam pomogłaś. Dziękujemy!
Cały pokój wspólny zaczął skandować szyderczo: „Dzię – ku – jemy!”
„To wszystko moja wina…”
Nie widziałam żadnej przyjaznej twarzy.
Wstrząsnął mną szloch. Pękły wszystkie bariery, cała skorupa, za która chowałam się przed bezlitosnym światem, udając, że niczym się nie przejmuję. Krzyknęłam, wkładając  w ten okrzyk całą gorycz, żal, samotność, ból siedmiu lat Hogwartu.
- Nienawidzę was!
Wypadłam  dormitorium. Nie miałam pojęcia, gdzie biegnę. Nic by mnie to nie obeszło, nawet jeśli zmierzałabym do wieży astronomicznej i z niej zeskoczyła.
Oślepiona łzami, wpadłam na kogoś. Usłyszałam głos, którego mi brakowało w pokoju wspólnym:
- Eve, co się stało?
- Wywalił mnie z drużyny. Flint. – przytulając się do jego ciepłego torsu. Nie myślałam o tym, co robię.
Pachniał deszczem i czymś słodkim. Ten zapach przywiódł mi na myśl pewien wieczór, gdy po burzy wyszłam z moją zmarłą babcią na zewnątrz z herbata i piernikami. Emanował poczuciem bezpieczeństwa, a jednocześnie przypomniał mi ból po jej śmierci.
Ariel, głaszcząc mnie po włosach, szeptał:
- Uspokój się. Nie przejmuj się tymi idiotami.  Patrzyłem, jak grasz. Jesteś najlepsza  z drużyny. Każdemu zdarza się popełnić błąd.
-Ale przeze mnie przegraliśmy mecz. – wychlipałam. Kompletnie siebie nie rozumiałam swojego zachowania. Przecież zawsze byłam silna, niezależna, a teraz przytulam się do przyjaciela, płaczę i krzyczę na całe dormitorium?
- To nie twoja wina. Miałaś pecha. Dałaś z siebie wszytko. Byłaś wspaniała.
Pocałował mnie ciepłymi, miękkimi wargami  w czoło.
Nie chciałam się od niego oddalać.
*wynik meczu jest zmieniony na potrzeby opowiadania
Ten rozdział jest zły. Bardzo zły. Ale nie wiem jak go zmienić, do ch*****! Mam nadzieję, ze nie będziecie za surowi. Po prostu musiałam jakoś doprowadzić  do pogodzenia się Eve i Ariela.  Wybaczcie mi tego gniota….
P.S. Co do wiersza, to owszem, jest nastrojowy, ale chyba nie bardzo na tę porę roku. Zapewne kiedy pojawią się rozdziały o maju i czerwcu, będzie  luty… Pozwolę sobie Powtórzyć za A. Andrusem „Zycie jest dziwne, ech…”

wtorek, 30 kwietnia 2013

Zagadka...

I co, myśleliście, że porzuciłam całkiem tego bloga? O nie! Owszem, nie mam weny i prawie nic od lutego nie napisałam, ale Eve stała się częścią mnie samej. Mam zamiar w najbliższej przyszłości opublikować rozdział 4. Jest jednak pewien problem. Otóż nie potrafię rozwiązać pewnego czysto matematycznego zagadnienia.  Jeśli tego nie zrobię, cały rozdział przestaje być spójny i logiczny. Może ktoś z Was, moi czytelnicy, ma ochotę się  z tym pobawić? Oto ów problem:
 Mecz quidditcha Slytherin vs Gryffindor. Slytherin wygrywa. jednak jeśli Gryffindor złapie znicza, zwycięży (co jest prawie pewne). Żeby zapobiec swojej przegranej, Slytherin musi zdobyć jeszcze 10 pkt (zdobywając gola). Ile punktów może przykładowo mieć każda drużyna? Ile punktów w tym wypadku będą miały na koniec meczu?
Zapraszam do rozwiązania. Jestem słaba w matmie i ciężko mi się skupić. Może Wam się uda. Niektórzy lubią takie łamigłówki....

niedziela, 24 lutego 2013

Rozdział 4

Wybaczie, że tak długo musieliście czekać na 4 rozdział, ale czekałam na kolejne komentarze. Jak na razie widze pod 3 rozdziałem tylko 1. co się z Wami dzieje, moi drodzy czytelnicy? Nie mogłma sie zdecydowac, cyz wstawić kolejny post takze dlatego,ze nie ma kompletnie weny. Napisałam 1,5 rozdziału w czasie ferii, a teraz kompletnie mnie zablokowało. No dobrze, już Was nie będę zanudzać. zapraszam do lektury .


Rozdział 4
Hogsmeade
(Nightwish „Slow, love, slow” - www.youtube.com/watch?v=ElbyDZYeAzU)
Październik od drugiego tygodnia stał się deszczowy. Liście opadały. Wzgórza wokół Hogwartu i Zakazany Las zatracały powoli, ale nieodwracalnie swój urok różnobarwnej mozaiki, stawały się gołe i smutne.  Rozpoczęła się szara jesień.
Jak na złość, nauki było jeszcze więcej niż w pierwszym miesiącu. Trzeba było zakuwać do późna w nocy. Jeszcze nigdy dotąd nie tęskniłam tak do leniwych, letnich dni. Gdyby nie Ariel, chyba pogrążyłabym się w jesiennej depresji.  Pomagał mi w nauce, rozśmieszał, rozweselał, podtrzymywał na duchu. Teraz każda ocenę traktowaliśmy jako owoc wspólnego wysiłku, co wcale (o dziwo) nie umniejszało mojej satysfakcji.  Był moim promykiem słońca w smutnych chwilach.
Piątek w drugim tygodniu października był wyjątkowo słoneczny. Wiał wiatr, gnając ze sobą chmury, ale nie było zimno. Po obiedzie od razu poszłam do dormitorium. Byłam padnięta. Ten tydzień był wyjątkowo męczący ze względu na tony prac domowych i piekielnie trudne zadanie od Snape’a.  Mieliśmy przez cztery dni gotować skomplikowany eliksir, codziennie o określonych godzinach dodawać dane składniki, mieszając miksturę w odpowiedni sposób. Żmudna praca.  Cieszyłam się, że to już koniec.
Miałam już udać się do swojego pokoju, by legnąć na łóżku i poczytać trochę z zatyczkami w uszach, kiedy Ariel powiedział:
- Mam pomysł. Zróbmy sobie dziś zupełnie wolne popołudnie. Wyjdźmy do kolacji na błonia. Jest dziś wyjątkowo ładnie.
- Świetna myśl. Polecę tylko po kurtkę. Zaraz się tu zobaczymy.
Już niedługo potem byliśmy na błoniach. Słońce zalewało pole wypłowiałej trawy, Zakazany Las i wzgórza. Wiatr igrał mi we włosach. Skierowaliśmy się w kierunku lśniącego w promieniach słońca jeziora, narzekając na szkolną harówkę. Po chwili dotarliśmy do wody. Usiadłam na mostku tak, że nogi zawisły mi tuż nad powierzchnią wody. Wpatrzyłam się w samotny liść pływający tuż obok moich nóg.  W pewnym momencie wiatr popchnął go w głąb jeziora. Wyruszył w swoją pierwszą i ostatnią  podróż.
- Wiesz …   pomyślałam sobie… żebyśmy poszli razem do Hogsmeade w tą sobotę. – wykrztusił nagle Ariel.
Odwróciłam się do niego zaskoczona. Całkiem zapomniałam o tym wyjściu.
- Oczywiście jako przyjaciele. – dodał szybko i się zaczerwienił.
- Dlaczego ja? Mnóstwo dziewczyn dałoby się poćwiartować za pójście gdzieś z tobą.
- Ty… one… są nudne. Ty jesteś interesująca.  I inteligentna. I miła. –plątał się Ariel.
Uśmiechnęłam się. To było przyjemne.
- Jasne, że z tobą pójdę. Jako przyjaciółka. – zastrzegłam.
Ariel się rozpromienił. Już do końca dnia był radosny i gadatliwy.
***
Tego wieczoru nie mogłam zasnąć. Przekręcałam się z boku na bok w dusznej ciemności. Myślałam o zaproszeniu Ariela. Dlaczego to zrobił? Po prostu chciał spędzić przyjemnie czas z przyjaciółką. Ta odpowiedź była najłatwiejsza  najlogiczniejsza. Ale… niepokoiło mnie coś w jego zdenerwowaniu i późniejszej radości. I w sposobie, w jaki na mnie patrzył, kiedy odrabiałam pracę domowa, a on robił sobie krótką przerwę. Czułam się wtedy  skrępowana. I w reakcji mojego ciała na jego dotyk: drżenie i sztywnienie.
„ Nie wmawiaj sobie niewiadomo czego.” – powiedziałam sobie stanowczo. – „Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Najlepszymi, ale nic więcej.”
Te rozważania przerodziły się w dziwny sen. Śniło mi się, że Ariel kupił u Zonka kubek w serduszka i chciał mi go podarować. Powiedziałam mu, że to idiotyczne, wtedy on odparł, ze w  takim razie sprezentuje go Delansie, jednej z  moich idiotycznych współlokatorek. Nawrzeszczałam na niego (każdy by tak zareagował na taką głupotę) i obudziłam się w momencie, gdy zamierzałam się do walnięcia tego idioty Stormynight’a kubkiem w łeb.
Po chwili zwlokłam się z łóżka i wybrałam ubranie: zieloną bluzę z kapturem (Ariel uważał, że bardzo mi pasuje do oczu) i szare rurki. Nie wiedziałam, dlaczego się tak przejmuję się strojem. Pewnie dlatego, że była to moja pierwsza ran … pierwsze wyjście gdzieś z chłopakiem sam na sam. Po jakiejś półgodzinie dostałam się wreszcie do łazienki.
Ubrałam się, chwyciłam kurtkę, założyłam buty i pognałam na dół, do dormitorium. Czekał tam już na mnie Ariel, w czarnej bluzie i dżinsach ze wzorem błyskawic. To ubranie bardzo mu pasowało.
Na mój widok  na twarzy Alexa odmalował się ten jego krzywy, ironiczny uśmieszek. Skłonił się przede mną dwornie, teatralnie i powiedział:
- Panienka dziś wręcz olśniewa swoją pięknością, panno Malfoy.
Zaczerwieniłam się. W ten dziwny sposób reagowałam na wszystkie jego komplementy, nawet te udawane.
- A pan jest dziś wyjątkowo wytworny i elegancki, panie Stormynight. – zripostowałam.
- Nieźle . – skomentował.- No to … idziemy na śniadanie?
- Jasne. Jestem porządnie głodna.
***
Po śniadaniu od razu wyszliśmy do Hogsmeade. Było o wiele zimniej niż wczoraj. Zacinał lodowaty deszcz ze śniegiem. Ciemne chmury pędziły po niebie z oszałamiającą prędkością. Otuliłam się szczelnie kurtką i szalikiem. Oczywiście  założyłam też czapkę. Ruszyliśmy  kierunku czarodziejskiej wioski jako ostatni. Przynajmniej tak nam się wydawało.
Po chwili okazało się, że to jednak nie my wleczemy się na szarym końcu. Usłyszeliśmy za sobą śmiechy i głosy. Odwróciłam się. No tak, paczka mojego brata. Goyle, Crabbe, Blaise, Parkinson. O dziwo bez Dracona. A no tak, przypomniałam sobie, że ma szlaban u McGonnagal.
Oczywiście Pansy nie mogła się powstrzymać od jakże dowcipnej, drwiącej uwagi:
- O, nasza czarna owca znalazła sobie wreszcie chłopaka! Jakim cudem? Stormynight, totalnie zepsuł ci się gust.
Ariel zesztywniał. Ścignęłam jego dłoń i szepnęłam:
- Wyluzuj. Nie przejmuj się tymi idiotami. Plotą, co im ślina na język przyniesie.
Nie rozluźnił się jedynak. Po drodze milczeliśmy, może dlatego, że musieliśmy walczyć  z niesprzyjającymi zjawiskami pogodowymi. Spotkanie z paczką Dracona sprawiło, że mimowolnie zaczęłam rozmyślać o jego zachowaniu ostatnimi czasy. Był bledszy niż zwykle, wyglądał nieciekawie, jak ktoś po kilku nieprzespanych nocach, zachowywał się nerwowo, był myślami daleko od tego, co w danym momencie robił. Nie rzucał już na każdym kroku „inteligentnymi” i w jego mniemaniu zabawnymi dowcipami. To nie było do niego podobne. Zbagatelizowałam sprawę, mówiąc sobie, zż to pewnie z przemęczenia szkołą.
Hogsmeade sprawiała o wiele bardziej ponure wrażenie niż w zeszłym roku. Niektóre witryny, na przykład sklepu Zonka, były zabite deskami. Wszędzie porozlepiane były ulotki ze zdjęciami poszukiwanych śmierciożerców. O dziwo, nie było dementorów. Podzieliłam się tym spostrzeżeniem z Arielem. Odburknął, że dawni strażnicy Azkabanu najprawdopodobniej są już od dawna po stronie Czarnego Pana.
Wreszcie dotarliśmy do Miodowego Królestwa. W środku panowało ciepło. Kupiłam ogromna tabliczkę czekolady toffi, parę cukrowych piór deluxe, kwachy i pudełko czekoladowych żab.
Następnie skierowaliśmy się do Trzech Mioteł. Zamówiliśmy dwa kremowe piwa i usiedliśmy  przy jednym  z niewielu wolnych stolików.
Rozmowa się nie kleiła. Ariel dalej był zły i zażenowany incydentem na drodze. Każdy temat, jaki zaczęliśmy, urywał się po kilku minutach. Nagle nauka wydała mi się nudna, choć w zamku potrafiliśmy gadać o niej całymi godzinami.
W pewnym momencie jednocześnie sięgnęliśmy po kremowe piwo. Jednak Ariel, zamiast chwycić butelkę, wyciągnął rękę dalej i złapał mnie delikatnie za dłoń.
Przebiegł mnie dreszcz. Serce mi zamarło. Czas się zatrzymał na tą jedną, magiczna chwilę. Ciepło jego dłoni dawało poczucie bezpieczeństwa. Widziałam tylko jego piękną, bladą twarz, proporcjonalne rysy, karminowe usta, kruczoczarne włosy i burzowe, dzikie oczy, teraz przepełnione … troską?... przywiązaniem?...nie… to nie były odpowiednie określenia… może… miłością?!
Na tą  elektryzującą myśl puściłam jego rękę. Cofnął ją z tęsknym westchnieniem. Rozejrzałam  się. Cały lokal się na nas gapił. Dokończyłam butelkę piwa kremowego i odłożyłam ją hałaśliwie na stół. Wstałam i oznajmiłam nieswoim, piskliwym głosem:
- Lepiej wracajmy już do zamku.
Ariel przytaknął smutno w odpowiedzi.
Zaczęłam nerwowo zakładać kurtkę. „Co się ze mną  dzieje?’ –zapytałam sama siebie.
Po chwili wyszliśmy z pubu w wilgotną zamieć, tuż za Potterem, Granger, Weasleyem oraz ścigającą Gryfonów, Katie Bell i jej przyjaciółką. Lodowaty wicher, deszcz ze śniegiem i błoto pozwoliły mi oderwać się myślami od wydarzeniu w „Trzech Miotłach”, choć zachowywałam dystans między mną i Alexem. Wiatr niósł odgłosy rozmowy Bell i jej towarzyszki. Wyglądało na to, że się kłócą o jakiś przedmiot trzymany przez Katie.
- To nie ma nic wspólnego z tobą, Leanne! – krzyknęła Bell.
Powiało mi w twarz śniegopodobną papką. Gdy ją otarłam, zobaczyłam coś nieprawdopodobnego. Katie Bell unosiła się nad ziemią, jakby z gracją zrywając się do lotu. Nagle powietrze przeszył straszny wrzask i dziewczyna spadła na ziemię. Zaczęła się miotać w strasznym cierpieniu. Krzyczała, wręcz wyła z bólu. Święta Trójca Hogwartu podbiegła do niej i jej zapłakanej koleżanki. Nie miałam pojęcia, co robić. Na szczęście Ariel miał.
- Zostań tutaj. - rzucił, oddalając się w kierunku zamku. - Biegnę po pomoc.
Bezradnie patrzyłam na wijącą się w konwulsjach Katie. Minuty wydawały się godzinami. Wieki minęły, zanim przybiegł Hagrid ze Stormynightem.
- Cofnijcie się! - zagrzmiał włochaty półolbrzym. – Niech se ją obejrzę!
- Coś jej się stało – szlochała Leanne. - Nie wiem, co…
Gajowy przez chwilę przypatrywał się leżącej na śniegu dziewczynie, potem wziął ją na ręce i pognał do zamku.
Stałam niezdecydowana razem z pozostałymi. Dopiero do mnie docierało, co się stało. Najrozsądniej byłoby, rzecz jasna, wrócić do szkoły, ale trzymała mnie tu tajemnica klątwy ( bo to musiała być czarna magia) rzuconej na Bell. I głupio było mi tak po prostu pójść, zostawiając płaczącą, zagubioną Leanne. Choć de facto nie byłam najlepsza w pocieszaniu innych.
Granger podeszła do przyjaciółki Katie i objęła ją ramieniem.
- Leanne, tak? To się stało zupełnie nagle czy...? - zapytała.
- Kiedy rozerwało się to opakowanie. - dziewczyna wskazała na leżącą na śniegu torbę.
Weasley pochylił się nad nią, ale Wybraniec wrzasnął:
- Nie dotykaj tego!
I sam się schylił. Po chwili wahania poszłam w jego ślady. Zza rozdarcia widać było piękny, srebrny naszyjnik ozdobiony opalami. Aż chciało się go założyć, wziąć go choćby na chwilę do rąk, podziwiać z biska jego kunsztowność. Ale nie byłam głupia. To coś w jakiś sposób skrzywdziło ścigającą Gryfonów. Za nic nie chciałam pójść w jej ślady.
- Ja już to widziałem! - Chłopca, który Przeżył olśniło. – w sklepie Borgina i Burkes'a, bardzo dawno temu. Na etykietce było napisane, że na  naszyjniku ciąży klątwa.. Katie musiała go dotknąć. - Popatrzył na drżącą Leanne. - Skąd Katie go miała?
Roztrzęsiona dziewczyna odpowiedziała:
- Właśnie o to się pokłóciłyśmy. Poszła do toalety w Trzech Miotłach, a jak wróciła, miała to w ręku i powiedziała, że to ma być niespodzianka dla kogoś  Hogwarcie i że ma to doręczyć. Wyglądała jakoś dziwnie, kiedy to mówiła… O nie, nie, nie! … Na pewno była pod działaniem Imperiusa, a ja tego nie zauważyłam!
Leanne wybuchła płaczem. Hermiona poklepała ją łagodnie po ramieniu.
- Nie powiedziała, kto jej to dał?
- Nie... Nie chciała powiedzieć... a ja jej mówiłam, że jest głupia i że takich rzeczy nie wolno wnosić do szkoły, ale ona wcale mnie nie słuchała .. a potem próbowałam jej to wyrwać … i …. i - przyjaciółka Katie Bell kompletnie się rozkleiła.
- Chodźmy lepiej do szkoły - powiedziała Hermiona, przytulając opiekuńczo Leanne. - Dowiemy się, jak się czuje. Chodź…
Potter wziął opakowanie z naszyjnikiem do ręki razem ze swoją paczką ruszył w stronę Hogwartu.
Ja i Ariel podążyliśmy za nimi.
- Jak myślisz, kto podrzucił naszyjnik Bell? - Alex odezwał się po chwili.
- Skąd mam wiedzieć? - odpowiedziałam opryskliwie pytaniem na pytanie.
- To chyba nie był nikt z Hogwartu, nie? To musiał być ktoś, kto się naprawdę dobrze zna na czarnej magii... Ale po co to zrobił? Kogo chciał załatwić?
Odwróciłam się do niego. Jego rozważania działały mi z jakiegoś powodu na nerwy.
- Przestań! Traktujesz to wydarzenie jak jakąś ciekawą zagadkę! Twoje ględzenie nie pomoże Katie Bell.
Jego oczy stały się zimne jak lód.
- Sama jesteś ciekawa. Skoro tak się przejmujesz Katie, to dlaczego od razu nie pobiegłaś z nią za Hagridem, tylko zostałaś z Leanne?
Trafił w sedno. Do samego wejścia nie odzywaliśmy się do siebie.
- „Co się ze mną dzieje?” - spytałam sama siebie już drugi raz tego wieczoru.
Gdy byliśmy już przed wejściem do zamku, po schodach wybiegła profesor McGonnagal. Okulary miała przekrzywione, wyglądała na podenerwowaną. Śpieszyło jej się.
- Hagrid mówi, że wasza szóstka widziała, co się stało Katie Bell.. Natychmiast na górę, do mojego gabinetu! Co ty tam trzymasz, Potter?
- To właśnie ta rzecz, której dotknęła.
- Wielkie nieba! – wykrzyknęła zaniepokojonym głosem, odbierając naszyjnik Harry’emu. – Nie, nie, Filch, oni są ze mną! – rzuciła do woźnego, czającego się na nas z czujnikiem tajności. – Natychmiast zanieś ten naszyjnik do profesora Snape’a, tylko go nie dotykaj, przez cały czas trzymaj przez szalik!
Ruszyliśmy za nauczycielką w górę do jej gabinetu. Zza witrażowych okien widać było szalejącą na dworze zamieć. Gabinet pani profesor był chłodny,pomimo ognia buzującego na kominku. McGonnagal stanęła za biurkiem i zapytała ostro:
- No więc? Co się stało?
Leanne, szlochając, urywanymi zdaniami opowiedziała o wszystkim do momentu, w którym paczka się rozerwała. Wtedy dziewczyna rozpłakała się i nie mogła już z siebie nic wydusić.
- No, już dobrze – powiedziała łagodniej profesor McGonnagal – Leanne, idź do skrzydła szpitalnego  i poproś panią Pomfrey, żeby dała ci coś na uspokojenie.
Gdy tylko Leanne wyszła, McGonnagal zwróciła się do nas:
- Co się stało, kiedy Katie dotknęła naszyjnika?
- Uniosła się  w powietrze. A potem zaczęła wrzeszczeć i spadać. – odpowiedział Potter - Pani profesor, czy mogę się zobaczyć z profesorem Dumbledore’em?
- Dyrektora nie ma wróci, dopiero w poniedziałek. – odrzekła zaskoczona nauczycielka.
Mnie tez to zdziwiło. No tak, podobno Potter to ulubieniec dyrektora, ale czy ta sprawa wymagała wysłuchania jej przez Dumbledore’a?
Po krótkim wahaniu Wybraniec powiedział:
- Myślę, że  to Draco Malfoy dał Katie ten  naszyjnik.
Co?! Mój brat?! Spokojnie, pomyślmy logicznie. Ktoś chciał ten naszyjnik dostarczyć do Hogwartu, nie było co do tego wątpliwości. Tylko po co? Kogo chciano zamordować?
Pomyślałam o wszystkich ważnych ludziach w Hogwarcie. Ktoś z nauczycieli? Być może. Harry Potter? Nie. To nie było w stylu Czarnego Panu. Chciał wykończyć Pottera osobiście, w pojedynku, a nie skrytobójczo. Dowiódł tego rok temu. Miał wtedy w Hogwarcie zaufanego śmierciożercę, on mógł zabić Pottera. Jednak tak się nie stało. A może… Dumbledore? Był jedynym, którego bał się Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
Szkoła dostałaby się wtedy w ręce takich ludzi, jak podejrzany o śmierciożerstwo Snape. To było najbardziej prawdopodobne.
Ale dlaczego mój brat? W sumie… był  uczniem, miał dostęp do ważnych osób w Hogwarcie. Może dlatego już teraz został  śmierciożercą? Jednak… on? Był na to za młody i za głupi. Może to tylko próba ukarania za coś moich rodziców? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi.
Nerwowe milczenie przerwała McGonnagal:
- To bardzo poważne oskarżenie, Potter. Masz jakiś dowód?
- Nie… ale… kiedy wybrałem się na zakupy na Pokątną z Ronem i Hermioną, widziałem, jak Malfoy poszedł do Borgina i Burkesa. Podsłuchaliśmy rozmowę między nim a Borginem.
No tak, wszechobecna Święta Trójca i tam się znalazła.
Zmieszana nauczycielka zapytała:
- Malfoy zaniósł coś do naprawy do Borgina i Burkesa?
- Nie, pani profesor, on tylko chciał, żeby Borgin powiedział mu, jak coś się naprawia, nie miał tego ze sobą. Ale nie w tym rzecz, chodzi o to, że wtedy coś kupił, i myślę, ze to był właśnie ten naszyjnik…
- Widziałeś, jak Malfoy wychodził ze sklepu z tą paczuszka?
- Nie, pani profesor, powiedział Borginowi, żeby to dla niego zatrzymał..
- Ale, Harry – przerwała mu Hermiona – przecież Borgin mówił mu, żeby to wziął, a Malfoy powiedział „nie”…
- bo nie chciał tego dotknąć, to chyba oczywiste!
- Powiedział dokładnie tak: „Jak bym wyglądał, idąc z tym ulicą?’
- No chybaby wyglądał ja palant, idąc ulicą z naszyjnikiem. – wtrącił Weasley.
- Och, Ron! Przecież naszyjnik był opakowany, więc i tak nie musiałby go dotykać, zresztą taką paczuszkę łatwo schować pod peleryną, żeby nikt jej nie zobaczył! Myślę, że to coś, co sobie zarezerwował u Borgina, musiało być… no nie wiem… hałaśliwe albo bardzo duże , musiałoby to był coś, co zwróciłoby uwagę na ulicy… Zresztą ja sama zapytałam Borgina o ten naszyjnik, nie pamiętasz? Kiedy weszłam do sklepu i próbowałam ustalić, co Malfoy kazał dla siebie zatrzymać, widziałam go tam. A Borgin tylko podał mi cenę, wcale nie mówił, że naszyjnik jest już sprzedany albo coś…
- No bo zachowywałaś się tak, że Borgin po pięciu sekundach zorientował się, o co naprawdę chodzi, to oczywiste, że nie zamierzał ci powiedzieć.. Zresztą Malfoy mógł to zabrać później, kiedy…
- Dość tego! – przerwała kłótnię McGonnagal. – Potter, doceniam, że mi to powiedziałeś, ale nie możemy oskarżać pana Malfoya o to, że odwiedził sklep, w którym mógł być sprzedany ten naszyjnik. Dotyczy to prawdopodobnie setek ludzi…
- … to samo mówiłem.. – wtrącił się cicho Weasley.
- … a zresztą zastosowaliśmy w tym roku surowe środki bezpieczeństwa. Nie wierzę, że ten naszyjnik mógł być w szkole bez naszej wiedzy...
- Ale...
-...I co więcej - powiedziała powoli Profesor McGonagall - Pan Malfoy nie był dzisiaj w Hogsmeade…
Potter inteligentnie rozdziawił paszczę i zapytał:
- Skąd Pani Profesor wie?
- Dlatego, bo był ze mną. Odrabiał pracę domową z transmutacji, ponieważ dwa razy pod rząd jej nie oddał. Tak, więc dziękuje za Twoje przypuszczenia, Potter – powiedziała, a następnie wstała - ale teraz muszę iść do skrzydła szpitalnego, sprawdzić, co z Katie Bell. Miłego dnia życzę.
Wypchnęła Pottera, Granger i Weasleya za drzwi, po czym zwróciła się do mnie i Alexa.
- Panie Stormynight, czy wie pan coś więcej o tym fatalnym wydarzeniu?
- Nie, pani profesor. – odpowiedział bez zastanowienia.
McGonnagal odwróciła się do mnie. Poczułam, jak jeżą mi się włosy na karku. Swoje świdrujące, natarczywe spojrzenie wbiła we mnie.
Pociłam się jak mysz ze strachu. „Nie odwrócić oczu ani się zaczerwienić. Dla Dracona. Nawet jeśli jest irytującym dupkiem. Musze być silna… silna… silna…”
Przełknęłam ślinę. Zaschło mi w gardle. Odrobinę za późno wydusiłam:
- Nie.
„Jedno małe nie, a takie sprawia trudności” – myślałam, idąc z Arielem do dormitorium Slytherinu. W mojej głowie szalała burza myśli. Byłam zmarznięta, zmęczona i głodna, ale wiedziałam, że dziś w nocy długo nie będę mogła zasnąć…
***
Wierciłam się w dusznej ciemności. Wokół mnie leżała skołtuniona pościel. Dręczyły mnie gorzkie wyrzuty sumienia.
 - „Musiałam tak zrobić” – próbowałam się usprawiedliwiać – „Gdybym go zdradziła, trafiłby do Azkabanu. To byłoby prawie bratobójstwo.”
- „Ale przecież go nienawidzisz”- jakiś głos w mojej głowie szepnął – „Mogłabyś  w ten sposób zemścić się za lata upokorzeń…”
To nie była szlachetna myśl, choć miała szlachetne usprawiedliwienie.
- „ Ale czy to naprawdę on próbował zabić kogoś w Hogwarcie? Może to Snape? Nawet nie było go dziś w Hogsmeade.”
- „ No to po co był u Borgina i Burkesa?” –natychmiast otrzymałam odpowiedź.
- „Nie ma dowodów na to, że kupił ten naszyjnik. Chciał, żeby Borgin coś mu naprawił. Wskazywał na jakąś szafkę. Rzeczywiście by dziwnie wyglądał, niosąc ją ulicą.”- broniłam się.
- „Ale jednak coś tam załatwiał. Coś knuje. Wystarczy na niego spojrzeć. I jest śmierciożercą. Na pewno nie bez powodu został nim przed ukończeniem szkoły”
- „W każdym razie ma jeszcze najprawdopodobniej pomocnika w osobie Snape’a. A na niego nie mogę donieść, bo nie mam dowodów. Zresztą nauczyciele i dyrektor raczej przechytrzą plany mojego brata”.
Tak uspokoiwszy sumienie, powróciłam myślami do tego magicznego… „Nie – poprawiłam sama siebie- niepokojącego” momentu w Trzech Miotłach. Moja reakcja na jego dotyk… drżenie, zatrzymanie pracy serca, wyrażając się naukowo… pasowały do opisów mojej świętej i bolesnej pamięci babci dotyczących zachowania zakochanych.
- „Nie” – powiedziałam sobie stanowczo – „Nie kocham go. Jest moim najlepszym przyjacielem, podporą, pomocą w tych nienajlepszych czasach. Lubię z nim spędzać czas. To wszystko”
- „Nieprawda” – pisnął jakiś cichy, natarczywy głosik z głębi mojej podświadomości.
- „Nie kocham go!”
- „Kochasz!”
- „Nie!”
- „Tak!
Gwałtownie zrzuciłam z siebie skłębiona kołdrę i usiadłam, wściekła, na łóżku.
- „No cudownie, zaczynam gadać z własną głową.”
W pokoju panowała cisza. Słychać było spokojne oddechy moich współlokatorek. Zerknęłam na zegarek. Było już grubo po północy.
- „Co się ze mną dzieje?” –zapytałam sama siebie już po raz trzeci.
***
A my dobrze wiemy, co się z nią dzieje... Uff, nareszcie skończyłam ten rozdział. Nie cierpię przepisywania z książki i jeszcze z poprawkami. Do rzeczy. W tym rozdziale najbardziej podobały mi się: scena w Trzech miotłach ( to na pewno nie jest perfekcyjny fragment, ale jestem z siebie zadowolona) i rozważania Eve.
Pewnie zauważyliście, że połaczyłam scenę Ariel + Eve z zagadką postępowania Dracona. Będę opierała się w następnych rozdziałach na tym schemacie, więc raczej nie będzie przesłodzonej atmosfery.
UWAGA: Bardzo proszę o wyłapywanie wszystkich nieścisłości co do treści książki w tekście. Ciężko mi się w tym wszystkim połapać.