czwartek, 24 stycznia 2013

Rozdział 3



Rozdział 3
Promień słońca
Pierwszy dzień był ciężki nawet dla mnie. Historia magii, eliksiry, transmutacja, starożytne runy i obrona przed czarną magią w jednym! Nie byłam zachwycona takim planem zajęć.
Po śniadaniu mieliśmy historię magii. Oczywiście 98% klasy spało/ grało w eksplodującego durnia lub wisielca/ czytało książkę/ gapiło się tępo w sufit. Tylko ja i nowy skrupulatnie notowaliśmy historię wojen olbrzymów w szesnastym wieku.  Starałam się na niego nie gapić. W dziwny sposób mnie rozpraszał. Wolałam maksymalnie skupić się na usypiającym głosie Binnisa.
Drugą lekcją była transmutacja. Profesor McGonnagal rzuciła fascynujące i piekielnie trudne zaklęcie powodujące znikanie na katedrę. Mi pod koniec dwugodzinnej lekcji udało się zniknąć tylko szpilkę. I tak byłam lepsza od większości klasy: tylko Stormynight’owi udało się zdematerializować pudełko zapałek. Postanowiłam poćwiczyć i mu dorównać.
Slughorn okazał się całkiem niezłym nauczycielem, na pewno mniej surowym niż Snape. Miał skłonność do faworyzowania uczniów. Gdy poprawnie i najszybciej w całej klasie przyrządziłam skomplikowany eliksir spokoju, nagrodził Slytherin 10 punktami. Warzenie eliksirów, systematyczne dodawanie składników, ścisłość, a jednocześnie subtelna magia tego przedmiotu to był mój żywioł. Nachmurzony nowy, który skończył eliksir jako drugi, wyszedł z klasy pierwszy, trzaskając drzwiami. Najwyraźniej nie mógł znieść myśli, że ktoś mógłby być od niego lepszy.
Starożytne runy jak zwykle były fascynujące. Zaczęliśmy poznawać ich irlandzką odmianę.
Obrona przed czarna magią okazała się trochę mecząca z takim nauczycielem jak Snape. Czytaliśmy wstęp (zieeew) i zapoznaliśmy się teorią  podstawowych zaklęć obronnych (trochę bardziej interesujących). Stary Nietoperz krążył po klasie, karząc uczniów, którzy nie uważali. W pomieszczeniu przeważnie panowała niezmącona cisza. Tylko najbardziej odważni i znudzeni gadali. Na wszystkich oddziaływała ponura aura nauczyciela. W sali było ciemno i zimno, oddechy zamieniały się w parę.
Pod koniec dnia okazało się, ze muszę napisać wypracowanie na temat wojen olbrzymów  w szesnastym stuleciu,  poćwiczyć zaklęcie powodujące znikanie, opisać zastosowanie i właściwości kamienia księżycowego, przetłumaczyć  najsłynniejszy (i najstarszy)  zapis w irlandzkich starożytnych runach oraz poćwiczyć Zakęcie Tarczy. Trochę tego było…
Reszta września upłynęła podobnie. Codziennie mieliśmy przynajmniej sześć fascynujących, lecz i trudnych przedmiotów, późnym popołudniem zabierałam się za tony prac domowych. Najbardziej lubiłam odrabiać w bibliotece. W dormitorium, nawet w kącie, było mi nieswojo. Inni Ślizgoni zbijali się w grupki z dala ode mnie, od czasu do czasu rzucając w moją stronę ukradkowe spojrzenia, chichocząc. Pomimo kilku lat czegoś takiego nie potrafiłam się przyzwyczaić. W moim pokoju było jeszcze gorzej. Naprawdę NIE DAŁO się tam uczyć. Nie mogłam się skupić, gdy moje plastikowe współlokatorki chichotały, gadały o ciuchach, chłopakach i tym podobnych bzdurach oraz  obgadywały mnie. Nasz pokój wyglądał dość dziwnie:  ¾ pomieszczenia było różowe, wypełnione sweetaśnymi plakatami z mugolskimi wykonawcami typu: Justin Bieber (wychodziłam z pokoju, gdy  puszczały jego pseudomuzykę) , Miley Cyrus i Selena Gomez, pozostała część była fioletowo – zielona, wypełniona książkami. Nie mogłam zrozumieć, jak mogłam się z nimi kiedyś przyjaźnić. Może nie były aż tak różoffe … A może po prostu bardzo potrzebowałam akceptacji i towarzystwa. Chciałabym wymazać sobie ten okres z pamięci.
Poza tym czas wolny wypełniały mi treningi quidditcha. Tak, jakimś cudem byłam w drużynie. Jako ścigająca. Dlaczego? Byłam całkiem niezła. W porównaniu z resztą drużyny byłam najlepszym graczem tego sportu świata. Jedynymi inteligentnymi osobami w drużynie byłam ja, Draco i kapitan. Reszta miała problemy z odróżnieniem kafla od tłuczka. Lubiłam quidditcha. Latając na miotle mogłam poczuć się wolna… Nie przeszkadzało mi to jednak w skupieniu się na moim celu – przerzucenia kafla przez pętlę.
Chodziłam też na długie, nudne i frustrujące przyjęcia Slughorna.  Byli na nie zapraszani tylko wybrani, niezwykle utalentowani uczniowie. Między inni Wybraniec (rzecz jasna), Longbottom, Ginny Weasley, Hermiona Granger, Zabini Blaise i Ariel Stormynight. Na szczęście nie było tam mojego brata!
A propos Dracona, jego zachowanie było podejrzane. Zamiast dręczyć młodszych od siebie, kręcił się po szkole w towarzystwie swoich goryli, Goyle’a i Crabbe’a, szczególnie po trzecim piętrze. Schudł i zmizerniał, był jeszcze bledszy niż wcześniej. Nie był teraz zawsze w centrum, zwykle rozmawiał z niewielką grupką uczniów, min. z Pansy, Zabinim i Crabbem oraz Goylem.  Nie miałam pojęcia, co kombinuje. Starałam się nie myśleć o tym, że może to być związane z tym, że jest śmierciożercą.
Okazało się, że Ariel, mimo, że był przystojny, to okazał się samotnikiem. Nie był ośrodkiem towarzystwa. Na początku większość dziewczyn się do niego wdzięczyła, ale szybko zorientowały się, że on ma je gdzieś. Spędzał wolny czas w bibliotece lub w rogu dormitorium. Był inteligentny, lepszy w nauce nawet ode mnie. Po cichu rywalizowaliśmy na lekcjach, choć nie wyrywaliśmy się do odpowiedzi jak Granger. Do pewnego wrześniowego, deszczowego dnia.
Siedziałam w dormitorium nad wyjątkowo trudną pracą domowa. Snape oczywiście dowalił nam coś, czego nie było w podręczniku. Mieliśmy wymienić dziesięć zaklęć, na które nie działa Zaklęcie Tarczy. W podręczniku było ich tylko pięć. Brakowało mi jednego. Nie mogłam pójść do biblioteki, gdyż była już cisza nocna, a nie mogłam  sobie pozwolić na szlaban czy utratę punktów. Byłam sfrustrowana siedzeniem nad tą jedną głupią rzeczą. Niespodziewanie (dormitorium zdawało się być puste)  usłyszałam nad sobą cichy, melodyjny głos, mówiący:
- Możesz jeszcze dopisać Zaklęcie Imperius.
Podskoczyłam i gwałtownie się odwróciłam. Zobaczyłam Ariela, patrzącego na mnie niepewnie.
- Dzięki.- odpowiedziałam, zaskoczona. – Jak mogłam o nim zapomnieć! Chyba już śpię na siedząco. – zaśmiałam się nerwowo, by rozładować napiętą sytuację.
Po chwili niespokojnego milczenia odezwałam się:
- Myślałam, że raczej ucieszysz się, jak dostanę u Snape’a nędzny, a ty wybitny.
- Nie jestem taki. – obruszył się. – Po prostu współzawodnictwo nadaje smak nauce.
- U mnie też tak jest. – rzuciłam.
- W sumie .. wolę rywalizować z innymi dobrymi uczniami. Może… zawiążemy sojusz? Będziemy sobie  wzajemnie pomagać.
Zastanowiłam się. Ciekawie było  z nim konkurować, ale … coś dziwnie mnie w nim pociągało. Intrygował mnie. Chętnie bym się z nim zaprzyjaźniła.
- Ok. – odparłam.
 Uśmiechnął się i podaliśmy sobie ręce na znak zawiązanego przymierza.
Kilka dni później szkole obiegła plotka, że ja i Ariel „chodzimy ze sobą”. Miałam gdzieś takie bzdury. Mój związek z nim był czysto intelektualny.. Już mnie tak nie rozpraszał.  Był naprawdę dobry w nauce, wiedział mnóstwo ciekawych rzeczy. Wbrew pozorom był miły i wrażliwy. W ogóle nie miał  w sobie niczego z egoisty. Pomimo, że był trochę zamknięty w sobie i miał cięte, ironiczne poczucie humoru, lubiłam go. Nawet ten jego krzywy uśmieszek. Byliśmy do siebie podobni.
A tym czasem ostatnie wspomnienia lata przemijały, lasy mieniły się ognistymi kolorami, ranki przynosiły mgłę,  wieczory chłód, wiatr unosił ze sobą delikatne babie lato. Nawet słońce świeciło w inny sposób niż miesiąc temu, podkreślając żywe kolory. W powietrzu czuć było nostalgiczny zapach przemijania. Kończyła się złota jesień, by mogła zastąpić ją pora niekończących się deszczów, szarości i smutku.
***
Ot, taki sobie opisowy, nudnawy rozdział. Nic dodać, nic ująć. Cieszycie się, że Ariel i Eveline się zaprzyjaźniają? Bo ja bardzo!