Rozdział
3
Promień
słońca
Pierwszy dzień był ciężki nawet dla mnie. Historia
magii, eliksiry, transmutacja, starożytne runy i obrona przed czarną magią w
jednym! Nie byłam zachwycona takim planem zajęć.
Po śniadaniu mieliśmy historię magii. Oczywiście 98%
klasy spało/ grało w eksplodującego durnia lub wisielca/ czytało książkę/
gapiło się tępo w sufit. Tylko ja i nowy skrupulatnie notowaliśmy historię
wojen olbrzymów w szesnastym wieku.
Starałam się na niego nie gapić. W dziwny sposób mnie rozpraszał. Wolałam
maksymalnie skupić się na usypiającym głosie Binnisa.
Drugą lekcją była transmutacja. Profesor McGonnagal rzuciła
fascynujące i piekielnie trudne zaklęcie powodujące znikanie na katedrę. Mi pod
koniec dwugodzinnej lekcji udało się zniknąć tylko szpilkę. I tak byłam lepsza
od większości klasy: tylko Stormynight’owi udało się zdematerializować pudełko
zapałek. Postanowiłam poćwiczyć i mu dorównać.
Slughorn okazał się całkiem niezłym nauczycielem, na
pewno mniej surowym niż Snape. Miał skłonność do faworyzowania uczniów. Gdy
poprawnie i najszybciej w całej klasie przyrządziłam skomplikowany eliksir
spokoju, nagrodził Slytherin 10 punktami. Warzenie eliksirów, systematyczne
dodawanie składników, ścisłość, a jednocześnie subtelna magia tego przedmiotu
to był mój żywioł. Nachmurzony nowy, który skończył eliksir jako drugi, wyszedł
z klasy pierwszy, trzaskając drzwiami. Najwyraźniej nie mógł znieść myśli, że
ktoś mógłby być od niego lepszy.
Starożytne runy jak zwykle były fascynujące.
Zaczęliśmy poznawać ich irlandzką odmianę.
Obrona przed czarna magią okazała się trochę mecząca
z takim nauczycielem jak Snape. Czytaliśmy wstęp (zieeew) i zapoznaliśmy się
teorią podstawowych zaklęć obronnych (trochę
bardziej interesujących). Stary Nietoperz krążył po klasie, karząc uczniów, którzy
nie uważali. W pomieszczeniu przeważnie panowała niezmącona cisza. Tylko
najbardziej odważni i znudzeni gadali. Na wszystkich oddziaływała ponura aura
nauczyciela. W sali było ciemno i zimno, oddechy zamieniały się w parę.
Pod koniec dnia okazało się, ze muszę napisać
wypracowanie na temat wojen olbrzymów w
szesnastym stuleciu, poćwiczyć zaklęcie
powodujące znikanie, opisać zastosowanie i właściwości kamienia księżycowego,
przetłumaczyć najsłynniejszy (i
najstarszy) zapis w irlandzkich
starożytnych runach oraz poćwiczyć Zakęcie Tarczy. Trochę tego było…
Reszta września upłynęła podobnie. Codziennie
mieliśmy przynajmniej sześć fascynujących, lecz i trudnych przedmiotów, późnym
popołudniem zabierałam się za tony prac domowych. Najbardziej lubiłam odrabiać
w bibliotece. W dormitorium, nawet w kącie, było mi nieswojo. Inni Ślizgoni
zbijali się w grupki z dala ode mnie, od czasu do czasu rzucając w moją stronę
ukradkowe spojrzenia, chichocząc. Pomimo kilku lat czegoś takiego nie potrafiłam
się przyzwyczaić. W moim pokoju było jeszcze gorzej. Naprawdę NIE DAŁO się tam
uczyć. Nie mogłam się skupić, gdy moje plastikowe współlokatorki chichotały,
gadały o ciuchach, chłopakach i tym podobnych bzdurach oraz obgadywały mnie. Nasz pokój wyglądał dość
dziwnie: ¾ pomieszczenia było różowe,
wypełnione sweetaśnymi plakatami z mugolskimi wykonawcami typu: Justin Bieber
(wychodziłam z pokoju, gdy puszczały
jego pseudomuzykę) , Miley Cyrus i Selena Gomez, pozostała część była fioletowo
– zielona, wypełniona książkami. Nie mogłam zrozumieć, jak mogłam się z nimi
kiedyś przyjaźnić. Może nie były aż tak różoffe … A może po prostu bardzo
potrzebowałam akceptacji i towarzystwa. Chciałabym wymazać sobie ten okres z
pamięci.
Poza tym czas wolny wypełniały mi treningi
quidditcha. Tak, jakimś cudem byłam w drużynie. Jako ścigająca. Dlaczego? Byłam
całkiem niezła. W porównaniu z resztą drużyny byłam najlepszym graczem tego
sportu świata. Jedynymi inteligentnymi osobami w drużynie byłam ja, Draco i
kapitan. Reszta miała problemy z odróżnieniem kafla od tłuczka. Lubiłam
quidditcha. Latając na miotle mogłam poczuć się wolna… Nie przeszkadzało mi to
jednak w skupieniu się na moim celu – przerzucenia kafla przez pętlę.
Chodziłam też na długie, nudne i frustrujące
przyjęcia Slughorna. Byli na nie
zapraszani tylko wybrani, niezwykle utalentowani uczniowie. Między inni
Wybraniec (rzecz jasna), Longbottom, Ginny Weasley, Hermiona Granger, Zabini
Blaise i Ariel Stormynight. Na szczęście nie było tam mojego brata!
A propos Dracona, jego zachowanie było podejrzane.
Zamiast dręczyć młodszych od siebie, kręcił się po szkole w towarzystwie swoich
goryli, Goyle’a i Crabbe’a, szczególnie po trzecim piętrze. Schudł i
zmizerniał, był jeszcze bledszy niż wcześniej. Nie był teraz zawsze w centrum,
zwykle rozmawiał z niewielką grupką uczniów, min. z Pansy, Zabinim i Crabbem
oraz Goylem. Nie miałam pojęcia, co
kombinuje. Starałam się nie myśleć o tym, że może to być związane z tym, że
jest śmierciożercą.
Okazało się, że Ariel, mimo, że był przystojny, to
okazał się samotnikiem. Nie był ośrodkiem towarzystwa. Na początku większość
dziewczyn się do niego wdzięczyła, ale szybko zorientowały się, że on ma je
gdzieś. Spędzał wolny czas w bibliotece lub w rogu dormitorium. Był inteligentny,
lepszy w nauce nawet ode mnie. Po cichu rywalizowaliśmy na lekcjach, choć nie
wyrywaliśmy się do odpowiedzi jak Granger. Do pewnego wrześniowego, deszczowego
dnia.
Siedziałam w dormitorium nad wyjątkowo trudną pracą
domowa. Snape oczywiście dowalił nam coś, czego nie było w podręczniku.
Mieliśmy wymienić dziesięć zaklęć, na które nie działa Zaklęcie Tarczy. W
podręczniku było ich tylko pięć. Brakowało mi jednego. Nie mogłam pójść do
biblioteki, gdyż była już cisza nocna, a nie mogłam sobie pozwolić na szlaban czy utratę punktów.
Byłam sfrustrowana siedzeniem nad tą jedną głupią rzeczą. Niespodziewanie
(dormitorium zdawało się być puste) usłyszałam nad sobą cichy, melodyjny głos,
mówiący:
- Możesz jeszcze dopisać Zaklęcie Imperius.
Podskoczyłam i gwałtownie się odwróciłam. Zobaczyłam
Ariela, patrzącego na mnie niepewnie.
- Dzięki.- odpowiedziałam, zaskoczona. – Jak mogłam
o nim zapomnieć! Chyba już śpię na siedząco. – zaśmiałam się nerwowo, by
rozładować napiętą sytuację.
Po chwili niespokojnego milczenia odezwałam się:
- Myślałam, że raczej ucieszysz się, jak dostanę u
Snape’a nędzny, a ty wybitny.
- Nie jestem taki. – obruszył się. – Po prostu współzawodnictwo
nadaje smak nauce.
- U mnie też tak jest. – rzuciłam.
- W sumie .. wolę rywalizować z innymi dobrymi
uczniami. Może… zawiążemy sojusz? Będziemy sobie wzajemnie pomagać.
Zastanowiłam się. Ciekawie było z nim konkurować, ale … coś dziwnie mnie w
nim pociągało. Intrygował mnie. Chętnie bym się z nim zaprzyjaźniła.
- Ok. – odparłam.
Uśmiechnął
się i podaliśmy sobie ręce na znak zawiązanego przymierza.
Kilka dni później szkole obiegła plotka, że ja i
Ariel „chodzimy ze sobą”. Miałam gdzieś takie bzdury. Mój związek z nim był
czysto intelektualny.. Już mnie tak nie rozpraszał. Był naprawdę dobry w nauce, wiedział mnóstwo
ciekawych rzeczy. Wbrew pozorom był miły i wrażliwy. W ogóle nie miał w sobie niczego z egoisty. Pomimo, że był
trochę zamknięty w sobie i miał cięte, ironiczne poczucie humoru, lubiłam go.
Nawet ten jego krzywy uśmieszek. Byliśmy do siebie podobni.
A tym czasem ostatnie wspomnienia lata przemijały,
lasy mieniły się ognistymi kolorami, ranki przynosiły mgłę, wieczory chłód, wiatr unosił ze sobą
delikatne babie lato. Nawet słońce świeciło w inny sposób niż miesiąc temu,
podkreślając żywe kolory. W powietrzu czuć było nostalgiczny zapach przemijania.
Kończyła się złota jesień, by mogła zastąpić ją pora niekończących się
deszczów, szarości i smutku.
***
Ot,
taki sobie opisowy, nudnawy rozdział. Nic dodać, nic ująć. Cieszycie się, że
Ariel i Eveline się zaprzyjaźniają? Bo ja bardzo!